niedziela, 29 stycznia 2012

Dla dorosłych i dla dzieci - Findus

Seria o Pettsonie i kocie Findusie, Media Rodzina

Chyba to będzie na tym blogu premiera, bo wcześniej nie pisałam o książkach dla dzieci. Ta seria jest jednak wyjątkowa, dlatego pokuszę się o jej przedstawienie.

Autorem tekstów i jednocześnie ilustratorem jest Szwed - Sven Nordqvist. I tu mała dygresja.
Swego czasu trochę, z jakiś bliżej nie określonych pobudek, zgłębiałam szwedzkojęzyczną literaturę dziecięcą. Prócz Astrid Lindgren i Tove Jansson znalazłam kilku ciekawych autorów. Jednocześnie jednak przekonałam się ile naturalistycznych, i tym samym nie nadających się dla dzieci, bajek spłodzili szwedzkojęzyczni pisarze. Nie będę ich wymieniać z nazwiska, bo nawet zła reklama pomaga w marketingu.

Wracając do Nordqvista, to jest to pisarz wyjątkowo wrażliwy i subtelny. Na tle pozostałych pisarzy z tego kręgu jest wręcz unikatowy. Historie, które autor wymyśla są jednocześnie proste i zaskakujące. Główne postaci: staruszek Pettson i jego mówiący kot Findus, są pełne ciepła, a sympatyczny zwierzak przypomina z charakteru kochanego urwiska.

Warstwa tekstowa jest przeznaczona głównie (choć nie wyłącznie) dla dzieci.Jest przesiąknięta swoistym, bardzo sympatycznym humorem.
Zaś ilustracje zasługują na osobny komentarz. Z punktu widzenia dziecka mamy kolorowe obrazki z przesympatycznym kotem, jego właścicielem, małymi stworzonkami-muklami, oraz kurami. Pełne detali tworzą nie tylko tło do opowiadania, ale wzbogacają je o nowe szczegóły.
Rysunki Nordqvista są też wspaniałą rozrywką dla dorosłych. Żart, który prezentują obrazki jest dwu poziomowy i dojrzali czytelnicy z przyjemnością pewnie będą śledzić poczynania "nieodpowiedzialnych kur" i mukli.

Na polskim rynku pojawiło się póki co pięć książek z serii o kocie Findusie. Wszystkie ukazały się dzięki wydawnictwu MEDIA RODZINA. które nas swojej stronie promuje bohaterów dzięki zamieszczonym grom dla milusińskich.
Swoja drogą stronę wydawnictwa warto odwiedzić też z tego powodu, ż w swojej ofercie ma bardzo ciekawe książki dla dzieci (równie wspaniała książeczka "Wesoły Ryjek") - takie, które przy kolejnym czytaniu przez dorosłych nie nudzą tych ostatnich, nawet jeśli pociecha często prosi o przeczytanie tej samej historii.

niedziela, 15 stycznia 2012

Idę o zakład, że do 30 str uśmiejesz się

Tomasz Pindel "Czy to się nagrywa", Świat Książki 2011

W jednej z dwóch stacji radiowych, które słucham - RMF Classic - w każdy poniedziałek o godzinie 15.30 nadawana jest krótka audycja "Piątka z literatury". Program prowadzą Szymon Kloska i Tomasz Pindel z Instytutu Książki. Obaj panowie są na co dzień tłumaczami literatury hiszpańskojęzycznej i obaj mają na koncie świetnie brzmiące po polsku książki (nie wypowiadam się na temat ich wierności - nie znam hiszpańskiego - ale jestem przekonana, że Panowie w tym co robią są naprawdę dobrzy).
Tłumacze prowadzą także dwa blogi: Noble i buble oraz Poczytane, a ostatnio ukazała się także na rynku książka autorstwa Tomasza Pindla i o niej chcę pisać.

Nie będę robić długiego najazdu - przechodzę do rzeczy: "Czy to się nagrywa?" jest książką bezapelacyjnie REWELACYJNĄ! Jak zapowiada podtytuł jest to komedia prawie erotyczna. Książka składa się wyłącznie z monologów poszczególnych postaci biorących udział w akcji, dodajmy, akcji bardzo wartkiej i wciągającej.

Jak wypowiadał się w jednym z wywiadów sam autor: chciał zrealizować marzenie tłumacza, który najchętniej wywaliłby z książek wszystkie dłużyzny. I trzeba przyznać, że Tomaszowi Pindlowi udało się to, choć powiedzmy szczerze - tłumaczenie jego książki byłoby wyzwaniem. Dlaczego? W książce mamy kilkanaście typów ludzi i zindywidualizowany język każdego z nich, nasycony przekręconymi porzekadłami, neologizmami i językowymi potworkami.

Mistrzowsko wręcz ujęte, w ramach poszczególnych grup, słownictwo oraz wyrażany nim światopogląd postaci stanowią wspaniałą panoramę charakterów.

Jeśli pominęli byśmy wszystkie powyższe zalety, to jest jeszcze coś, czym książka wybija się wysoko ponad przeciętność. To gęsto usiany humor. I to nie taki, który podnosi nam do góry kącik ust, ale taki, że zaczynamy śmiać się w głos i łapać za brzuch! Są tu całe strony fenomenalnej ironii, zabawy słowem, stereotypami myślowymi etc.

Debiut pisarski Tomasza Pindla jest konieczny zauważenia i godny polecenia, bo już dawno przy lekturze (jak mówił klasyk) nie "ześmiałam się ze śmiechu jak norka".

sobota, 7 stycznia 2012

Lost in translation, czyli jak zepsuć przyjemność z lektury

Lew Szylnik "Czarne dziury historii Rosji"

Lubię takie książki - szukające dziury w całym, podważające oficjalną wykładnię wydarzeń historycznych, negujące kanoniczną wersję wydarzeń. Zmuszające do myślenia, oferujące inne spojrzenia. Kontrowersyjne, łamiące schematy, obrazoburcze. Niekoniecznie trzeba się zgadzać z poglądami autora - ale analizowanie alternatywnych interpretacji historycznych wydarzeń zawsze stanowi ciekawą rozrywkę intelektualną.
Niestety, w przypadku "Czarnych dziur" ta rozrywka została zepsuta całkowicie poprzez tłumaczenie p. Małgorzaty Leczyckiej.
Mógłbym zaakceptować kulejący szyk zdań i niezbyt logiczne frazy (może dzięki temu Sz.P. Tłumaczka chciała oddać styl Lwa Szylnika?), ale przekładając książkę z bratniego słowiańskiego języka zrobić coś więcej, niż zamiana cyrylki na łacinkę.
Przykłady? Proszę bardzo:
Już na samym początku jesteśmy raczeni zwrotami typu rzymska cerkiew oraz cerkiew zachodnia - cóż, u nas przyjęło się stosować nazwę Kościół (rzymski, zachodni, powszechny itp), słowo cerkiew rezerwując tylko dla odłamu wschodniego. Uwieńczeniem tej części jest zwrot Papa Rzymski, który pojawia się na stronie 24, a który jest kalką określenia папа римский oznaczającym po prostu papieża.
Chwilę potem Tłumaczka błyszczy ponownie - przy opisie księcia Włodzimierza (później nazywanego Wielkim bądź Świętym) pojawia się określenie Czerwone Słoneczko. Zgadza się, w bylinach nazywano tak tego władcę, ale należy pamiętać, że wówczas słowo красный oznaczało piękny i dopiero kilkaset lat później zaczęto tym słowem określać kolor czerwony. I takie też miano ("Piękne Słoneczko") przywołuje w swej "Historii Rosji" Ludwik Bazylow.
Mija kilka stron i napotykamy kolejny kiks. Autor, opisując przekład Pisma Świętego na język staroruski przywołuje Księgę Jezdry. Nie możecie znaleźć takiej księgi w swoich wydaniach? Nic dziwnego, bo w polskich przekładach księga ta występuje jako Księga Ezdrasza. Ale po co sprawdzać, pani Małgorzato, prawda?
Potem następują opisy sporów o krainę nazywaną Liwonią. Pojawiają się wojny liwońskie (także z Polską), zakon liwoński, rozejmy liwońskie... Nie znacie takiego kraju? Cóż, ziemie przez Rosjan wówczas określane jako Liwonia w polskiej historiografii zwykło się nazywać Inflantami (i wówczas nawet średnio rozgarnięty gimnazjalista pojmie, o jakich wojnach pisze autor). A liwoński zakon my nazywamy Zakonem Kawalerów Mieczowych. Ale cóż, podręcznika historii dla klasy IV tłumaczka też pewnie nie posiadała.
Na stronie 114 pojawia się mój faworyt - rzeź warfołomiejewska. Czy to określenie tragicznych wydarzeń w zaginionym mieście Warfołomiejewsku? A może to opis zbrodniczego czynu jakiegoś władcy imieniem Warfołomiej? Nic z tego - mianem Варфоломеевская Ночь Rosjanie określają Noc św. Bartłomieja, czyli rzeź hugenotów w Paryżu w nocy 23 na 24 sierpnia 1572 roku.
(tu mała dygresja - jakiś czas temu Ksenia Przybyś, prowadząca blog Rosyjski Metal żaliła mi się, że ma problem z przetłumaczeniem tekstu pewnego rosyjskiego utworu rockowego - polski "odpowiednik" nijak nie chciał się przetłumaczyć tak, by pasować do melodii. Tytuł tego utworu brzmiał... "Варфоломеевская Ночь" :D Kseniu, po co się męczyć, szukać odpowiedników, grzebać po książkach. Przetłumacz to jako "warfołomiejską noc" i będziesz miała problem z głowy. A, że będzie to nieco bez sensu - jak widać, innym to nie przeszkadza).
Po czymś takim drobne translatorskie wpadki jak niepoprawna odmiana nazwiska carów (Romanowych zamiast Romanowów, Romanowie zamiast Romanowowie), używanie określenia "carowa" miast "caryca", półwyspu Liaodong" zamiast "Liaotang" czy "tsushima" zamiast "cuszimy" wydają się być tylko drobnymi, nie wartymi uwagi wpadkami.
Szkoda tej lektury - to mogło być naprawdę ciekawe spotkanie.

piątek, 6 stycznia 2012

Kim była Meluzyna?


Jacques Le Goff "Niezwykli bohaterowie i cudowne budowle średniowiecza"

Oto kolejny z moich książkowych prezentów choinkowych, a jeszcze dwa czekają na półce:) W tym roku Mikołaj postanowił mnie obdarować książkami z różnych dziedzin: od muzyki przez historię po teologię. Niniejsza lektura sięga swym tematem do czasów średniowiecza.

Kiedy zobaczyłam nazwisko Goffa byłam trochę zmieszana - powinnam ucieszyć się z prezentu, w końcu średniowiecze to mój konik, a profesor to uznany wśród mediewistów autorytet, ale wcześniej sięgałam po kilka jego prac i nie byłam nimi zachwycona. Naciągane teorie i chodzenie wokół jednego tematu nie sprzyjały mojej ocenie prac Le Goffa, choć dorobek naukowca był jakby nie patrzeć imponujący. Także wielu z tych badaczy, których autentycznie podziwiam, z Michelem Pastoureau na czele, niejednokrotnie powoływali się na książki i artykuły Jacquesa Le Goffa. A mnie on nadal nie przekonywał.

Do czasu...

"Niezwykli bohaterowie..." okazali się lekturą o bardzo przekrojowym charakterze i przez to niezwykle CIEKAWĄ! Bez nużącego drążenia tematu, ale i bez prześlizgiwania się po nim , autor przedstawił postaci i miejsca, które ożywiały średniowieczną wyobraźnię, które zrodziły się w średniowieczu, a które do dziś są dla wielu natchnieniem.

Na kartach książki znajdziemy m.in. Merlina, Robin Hooda, króla Artura i Karola Wielkiego, o których pisało wielu. Pojawiają się również rzadko spotykane postaci jak Meluzyna, która dziś jest albo wyłącznie pustym imieniem, albo postacią z Pana Kleksa...



Podane w skrócie rodowody postaci i ich czasowa ewolucja kończą w każdym rozdziale przykłady z kinematografii, która niejednokrotnie inspirowała się średniowiecznymi historiami.
Okazuje się, że niektórzy /vide - Wagner/nawet zbyt dosłownie potraktowali znane motywy, jak choćby popularną historię miłości Tristana i Izoldy:

"Skończył Tristana i Izoldę w roku 1860, a w roku 1865 w Hoftheater w Monachium odbyła się premiera pod batutą Hansa von Bulowa; w tym samy czasie żona dyrygenta, Cosima, córka Franciszka Liszta, została kochanką Wagnera, a z ich związku urodziła się córka, którą nazwali Izoldą."

Opublikowana w serii Ludzie i... przez Wydawnictwo: Oficyna Naukowa zachwyca także swoim bardzo pręcznym, kieszonkowym formatem i leciutkim papierem.
Z tej serii opisywałam już kiedyś "Diabelską materię" Pastoureau - pozycję równie interesującą. Czas więc chyba poszukać pozostałych tytułów w Oficynie:)

wtorek, 3 stycznia 2012

Ostateczny upadek w Las Vegas

Hunter S. Thompson "Lęk i odraza w Las Vegas"  

Niektórzy z Was mogą znać historię opisaną w "Lęku i odrazie" z filmu Terry'ego Gilliama "Las Vegas Parano". Johnny Depp jako zwariowany dziennikarz, Benicio Del Toro jako gruby, szalony adwokat zanurzają się w amerykańskim piekle.

Piekle ukazanym, zarówno w powieści jak i w filmie, na kilka różnych sposobów.
Piekłem jest tytułowe Las Vegas - kwintesencja amerykańskiego kiczu (za jedyne 99 centów twoja twarz pojawi się na gigantycznym ekranie nad centrum Las Vegas. Dorzuć drugie tylr i możesz nagrać wiadomość. Mów, stary, co tylko chcesz. Na pewno cię usłyszą. Przecież masz dwieście stóp wzrostu!), cukierkowatej pustki przemieszanej z zadufaniem i przekonaniem o własnej wielkości.
Piekłem są narkotyki. Na kartach książki pojawiają się chyba wszystkie dragi znane ludzkości. Haszysz, meskalina, PCP, LSD. Pite, wdychane, ssane i palone. Łączone we wręcz nieprawdopodobne kombinacje; bez chwili przerwy, narkotyczny danse macabre. Jedna przerażająca wizja ustępuje miejsca kolejnej, by zakończyć się panicznym lękiem i atakiem szału.
Trzecią odsłonę piekła stanowią sami bohaterowie. Niebezpieczni dla siebie i innych. Czy są tak (auto)destrukcyjni z powodu zażywanych narkotyków, czy też narkotyzują się z powodu swej (auto)destrukcyjności?
W "Lęku i odrazie" widzimy jak na dłoni upadek hipisowskich ideałów. Skończyło się lato miłości, nastąpił czas depresyjnej pustki. Idea love and peace zastąpiona przez hedonistyczną pogoń za iluzją i ucieczkę przed brutalną rzeczywistością nixonowskiej Ameryki.

Za udostępnienie książki dziękuję wydawnictwu Niebieska Studnia.