poniedziałek, 26 grudnia 2011

Marek Niedźwiecki - człowiek, który spełnił marzenie


Marek Niedźwiecki "Nie wierzę w życie pozaradiowe"

To jeden z prezentów, który Święty Mikołaj zostawił pod moją choinką. Książkę przeczytałam w jeden wieczór, a po tej lekturze naszło mnie kilka refleksji.

Pierwszą myślą była ta, że o tej książce warto pisać, ale właściwie trudno uchwycić w słowach jej czar. Dla mnie kryje się on choćby w samej osobie Autora, ale jak podzielić się swoim zachwytem z taką osobą, dla której Marek Niedźwiecki to po prostu jedna z wielu znanych osób? (nie mylić z celebrytą!!!)

Spróbuję, więc może tak: to piękna historia człowieka, który spełnił swoje zawodowe marzenie. Nie ma tu opisu ciężkiej harówki, czy wyrzekania się wszystkiego w imię radia. Pan Marek od czasów studenckich zwyczajnie pomagał szczęściu, a gdy zdarzyła sie okazja potrafił ją dostrzec i wykorzystać.
Uproszczeniem byłoby jednak stwierdzenie, że Marek Niedźwiecki zawdzięcza wszystko wyłącznie szczęściu. Powiedziałabym raczej, iż Autor stosował metodę aktywnego czuwania: czekał na okazję, ale nie z założonymi rękami!

"Nie wierzę w życie pozaradiowe" zdradza także bardziej intymne, wywołujące silniejsze emocje, zdarzenia z życia Dziennikarza. Jeśli ktoś jednak szuka taniej sensacji - nie znajdzie jej tu. Pan Marek jak zawsze jest bardzo taktowny i nie przekracza granicy prywatności, za co go od lat bardzo szanuję.

A że książka, zilustrowana mnóstwem zdjęć, jest równocześnie opowieścią o muzyce, tego chyba nie muszę dodawać. W przypadku Pana Marka to oczywiste!

środa, 14 grudnia 2011

Krótkie spotkania z Kindle - cz. II

W poprzednim wpisie opisałem czytnik e-booków Kindle DX od strony technicznej. Teraz czas na rzeczy, z czytelniczego punktu widzenia, ważniejsze.

1. Obsługiwane formaty plików
Książki Amazona sprzedawane są w ich własnym formacie AZW. Dodatkowo Kindle bez problemów odczytuje e-booki w popularnym formacie MOBI. Inny format, EPUB, nie jest obsługiwany przez czytnik - ale bez problemu takie pliki możemy przekonwertować, np. przy pomocy bezpłatnego programu Calibre.
Kindle radzi sobie również z plikami TXT, PDF oraz DOC. Tak więc, jak widać, zdecydowaną większość tekstów oraz e-książek da się na tym czytniku odczytać.
Jest jednak jedno ale...

2. DRM
W wielu (by nie powiedzieć - w większości) e-księgarniach książki zabezpieczone są DRM. Najczęściej jest to DRM firmy Adobe - którego Kindle nie odcztuje, bowiem Amazon promuje swój własny format zabezpieczeń.
Na szczęście DRM jest zabezpieczeniem mało skutecznym i nawet laik może się go pozbyć w 30 sekund, wykorzystując kilka bezpłatnych programów.
Nie zmienia to jednak faktu, że zmuszanie legalnego nabywcy do takich wygibasów jest denerwujące. Ale to temat na inny wpis.
Na szczęście wiele wskazuje na to, że DRM powoli odchodzi do lamusa. W ciągu ostatnich tygodni kilka dużych wydawnictw zrezygnowało z tego zabezpieczenia (np Helion, WAB).
Ponadto w marcu-kwietniu przyszłego roku Amazon najprawdopodobniej wejdzie do Polski, co powinno znacząco poszerzyć ofertę książek w naszym języku dla Kindle. A kto wie, może przyczynią się do ogólnego spadku cen e-booków?)


3. Dostępność książek
Źródło pierwsze - to oczywiście oficjalna strona Amazon. Jak już wspominałem współpraca Kindle z tą stroną przebiega doskonale. Problem tylko w tym, że książek po polsku jest tam zaledwie garstka. Tak więc na chwilę obecną Amazon.com jest głównie dla tych, którzy szukają dobrych i niedrogich e-booków po angielsku.
Polskie e-księgarnie: Virtualo, Amazonka, eBookpoint, Nexto, Empik ... sporo nowości, często wybór pasującego nam formatu (np EPUB lub PDF). Jak wspominałem - jest trochę zabawy z usunięciem DRM, poza tym ceny (jeszcze?) nie należą do najniższych.
Źródło trzecie: książki w domenie publicznej. Tu polecam zwłaszcza Wolne Lektury - po tym adresem znajdziecie ogromną ilość klasycznych dzieł, od niedawna dostępnych także w "przyjaznym Kindle" formacie MOBI.

4. Zamiast podsumowania
Czy warto kupić czytnik. Każdy musi sam sobie odpowiedzieć na to pytanie - wiem, zapach papieru, fizyczny kontakt z książką... ale sam po sobie widzę, że z roku na rok czytam coraz więcej e-booków. To wciąż ułamek w porównaniu z papierem, ale mimo wszystko przy większych ilościach e-lektur warto się zastanowić nad zainwestowaniem w czytnik.

poniedziałek, 12 grudnia 2011

Życie muzycznego geniusza


Harold C. Schonberg "Horowitz. Życie i muzyka" seria Muzyka na poważnie


Do dziś pamiętam pierwszą biografię muzyka klasycznego, jaką w życiu przeczytałam: była to książka Charlesa Waldemara "Miłość, pasja i sława. Opowieść o Paganinim". Historia mnie tak pochłonęła, iż stwierdzenie "połknęłam ją" wydaje się jak najbardziej na miejscu.
Tym razem sięgnęłam do biografii pianisty - Vladimira Horowitza i teraz lepszym określeniem na jej czytanie było "to ona mnie połknęła".

Napisana z wielkim znawstwem tematu i ogromną fascynacją, którą wyczuwa się w całym opasłym opracowaniu, zarówno dzięki mrówczej pracy autora, jak i tłumacza. Robert Ginalski w kilku miejscach pozwolił sobie w przypisach na poprawki, a te jak najdobitniej świadczą o wiedzy tłumacza i pasji, zwłaszcza, że ta ostatnia bardzo silnie udziela się czytelnikowi.

A jaki jest Horowitz, który wyłania się na kartach książki? Jest geniuszem z ogromnych rozmiarów ego - mówił o sobie właściwie w samych superlatywach, ale wiele z tego co mówił było po prostu prawdą. Opis koncertów z czasów jego największej świetności przywodził mi na myśl beatlmanię - stukanie w szale zachwytu krzesłami, ustawiające się na dwie doby wcześniej kolejki do kas biletowych.

Biografia Schonberga jest przebogatą skarbnicą anegdot (jak choćby ta, gdy aby widzowie nie zakłócali dźwięku nagrywanego na żywo koncertu szelestem kartowanego programu, wydrukowano go na jedwabiu). Z drugiej strony autor uniknął zwykłego plotkowania i po niektórych tematach wyłącznie się prześliznął, żeby nie wpaść w pułapkę taniej sensacji.

Książka napisana ładnym językiem rozśmieszyła mnie językowo w jednym fragmencie, kiedy to opisując śmierć Simona Barere autor użył zwrotu: "padł trupem na scenie" :)

Biografię polecam choć może nie wszystkim - trochę może ona zmęczyć tych, którzy z muzyką klasyczną nie są trochę mocniej zaznajomieni. Dla melomanów, jest to jednak pozycja obowiązkowa - prawie 500 stronicowa biografia plus niezwykle dokładna dyskografia (uzupełniona przez tłumacza), spis utworów z datami nagrań oraz chronologicznie zebrane wszystkie nagrania są imponujące.

Za udostępnienie książki dziękuję wydawnictwu Niebieska Studnia, które zapowiada na początek następnego roku kolejną książkę z serii Muzyka na poważnie.




sobota, 10 grudnia 2011

Krótkie spotkania z Kindle - cz. I

Do tej pory nie byłem zbyt wielkim zwolennikiem e-booków (czemu dałem już wyraz
na blogu). Mimo to czytałem książki elektroniczne regularnie - często po prostu
nie było alternatywy (np. dany tytuł był dostępny tylko w tej formie) albo
wersja e-bookowa była łatwiejsza do zdobycia (książki anglojęzyczne, techniczne
itp).
Dotychczasowe spotkania z e-bookami były mało komfortowe; czytanie z ekranu
komputera męczyło wzrok, "przywiązywało" do jednej pozycji, często samo
poruszanie się po pliku nie było zbyt wygodne.
Dlatego też raz na jakiś czas nachodziła mnie chęć na przetestowanie czytnika
e-booków. Przeszukiwałem blogi w poszukiwaniu opinii (polecam zwłaszcza Świat  
Czytników), przeglądałem fora. Jednakże cena, wynosząca równowartość
kilkudziesięciu papierowych woluminów, odstraszała.
Niedawno jednak w moje ręce wpadł czytnik Kindle DX - i oczywiście od razu
zabrałem się do testów.
Oto krótka lista wrażeń.


1. Garść informacji technicznych
Odwiecznym problemem osób zastanawiających się nad kupnem Kindle jest wybór  
wersji - 6" czy może lepiej 10?
Kindle DX, który testowałem posiada ekran o przekątnej 10 cali. Przyznam, że
pierwsze wrażenie po wyciągnięciu urządzenia z pudełka to "o rany, ale duży". W
mojej opinii Kindle DX niezbyt nadaje się do używania jako sprzęt mobilny -  
jest co prawda dosyć lekki, ale duży ekran jest nieporęczny. Sądzę, że  
wersje 6 calowe lepiej się sprawdzą podczas czytania w podróży, w środkach
komunikacji itp.
Z drugiej strony - doceniłem zalety dużego ekranu podczas czytania plików w
formacie PDF - bardzo czytelny obraz, brak konieczności ręcznego przesuwania
tekstu.
Ekran Kindle jest wykonany w tzw. technologii E Ink - dzięki czemu (w
przeciwieństwie do ekranów komputerów) nie męczą się nam oczy podczas czytania.
Wyświetlany obraz jest monochromatyczny - jeśli więc zależy Wam na barwnych
obrazkach i animacjach we flashu to omijajcie czytniki z daleka. To jest sprzęt
dla "czytaczy", a nie dla "oglądaczy".
Dodatkowo Kindle posiada niewielką klawiaturkę (np.do wpisywania notatek,
szukania określonych słów), 2 przyciski do zmiany strony oraz kilka przycisków
nawigacyjnych. Posługiwanie się menu jest banalnie proste - po kilku chwilach
korzystania z Kindle znałem już wszystkie potrzebne opcje i bez problemu mogłem
pracować na czytniku.

2. Kupno i dostawa
Pierwsze pozytywne zaskoczenie. Kindle został kupiony na stronie Amazona w nocy
z soboty na niedzielę. We wtorek (!) kurier dostarczył czytnik pod wskazany
adres. Dwa dni... tyle polskim sklepom internetowym zajmuje wysłanie maila potwierdzającego zakup.

3. Pierwsze uruchomienie
Pozytywne zaskoczenie nr 2. Po wyjęciu czytnika z pudełka i uruchomieniu go
Kindle automatycznie zalogował się na moje konto na amazon.com i pobrał e-
książki, które wcześniej kupowałem na tej stronie.
Żadnego konfigurowania, podawania loginów i haseł. Tylko uruchamiamy i możemy
zabierać się do lektury.

4. Amazon.com
Kindle jest czytnikiem Amazona i właśnie w jego współpracy z tym sklepem
doskonale widać jego zalety.
Przykład: siedząc przy laptopie kupuję książkę. Nim wstanę od komputera
zakupiony tytuł jest już (via darmowe 3G) "wrzucony" na Kindla.
Kupowanie bezpośrednio przez czytnik jest równie bezbolesne - po prostu klikam
na wybrany tytuł i już - plik automatycznie ląduje na czytniku. Żadnego
ściągania plików przez mail, żadnych kabli. Parę kliknięć, kilka sekund i już
mamy.

Za kilka dni - część II

środa, 23 listopada 2011

Słowo silniejsze niż obraz

Hubert Selby Jr "Requiem dla snu"
Wieki temu, bodajże na organizowanym przez Romana Gutka festiwalu "Nowe Horyzonty" obejrzałem film Darrena Aronofsky'ego "Requiem dla snu". Film był genialny, mocny, gęsty od psychoz i paranoi. Wychodząc z sali kinowej długo debatowaliśmy o poszczególnych scenach, (rewelacyjnej) muzyce, napięciu - i marzyliśmy o tym, by sięgnąć do literackiego pierwowzoru.
To ostatnie udało mi się dopiero teraz. Mając w pamięci emocje wywołane filmem obawiałem się, czy tekst okaże się równie powalający co obraz - jak się okazało jest jeszcze lepszy.
Bohaterowie "Requiem" od pierwszej do ostatniej strony staczają się po równi pochyłej. Każdy z nich ma swoją własną drogę do zatracenia; dla Harry'ego to heroina, dla jego matki Sary - świat telewizji i obsesja na punkcie odchudzania. I choć wydawałoby się, że sytuacja Sary jest lepsza (przynajmniej pod względem społecznej akceptacji), to w powieści Selby'ego każda obsesja jest równie niszcząca i równie nieubłagalnie prowadzi do zagłady.

Jeśli szukacie prozy pełnej nadziei, romantyzmu i humoru - omijajcie "Requiem" z daleka.
Jesli chcecie literatury brutalnej, prawdziwej i zapierającej dech w piersiach - sięgnijcie koniecznie.

Za udostępnienie książki dziękuję wydawnictwu Niebieska Studnia.

środa, 16 listopada 2011

3 lata bloga!



No to otwieramy szampana...wróć! ja - Violet - otwieram miód pitny, a insider pewnie jakieś niepasteryzowane piwo:)
Piszemy dla Was i poniekąd dla siebie.
Dziś policzyłam, że przez te trzy lata przeczytałam ponad 100 książek. To pewnie nie najwięcej, ale na szczęście trafiły się wśród nich prawdziwe perełki.
Poznałam też kilkanaście ciekawych blogów książkowych i dzięki nim, a dokładniej Wam, udało mi się dotrzeć do takich lektur, po które sama być może bym nie sięgnęła.
Specjalne podziękowania pozwolę sobie przesłać Współpiszącemu - jest najlepszym motywatorem do pisania: Violet, a Ty to kiedy coś napiszesz? Już przeczytałaś, a posta nie widzę? Proszę oto książka - mam nadzieję, że ją potem opiszesz na blogu? :)
Pozdrawiam i do napisania!

piątek, 11 listopada 2011

Książkowe porno

- czyli coś dla tych, którzy lubią podglądać... półki z książkami.
Polecam - Bookshelf Porn

sobota, 5 listopada 2011

Różowe pustaki i męskie szowinistyczne świnie

Literatura męska, literatura kobieca. Dwa bezkształtne wory do których wrzuca się książki. Siedlisko stereotypów i schematów.
Przecież wszyscy wiedzą, że kobiety czytają tylko romanse o niewinnych dziewicach polujących na milionerów, natchnionych wampirkach o romantycznym spojrzeniu i pełne pięknych zdań wypełniacze w stylu Coelho. Wszystko to w pięknych, ach-wywołujących okładkach ze sporą dawką różu.
Z literaturą męską jest jeszcze gorzej. Wiadomo - faceci nie czytają, a jeśli już to pisemka o samochodach i piłce kopanej. Plus obowiązkowa prenumerata Hustlera czy innego CKM-a. Zaś ten ułamek mężczyzn czytających sięga, oczywiście, tylko po Beara Gryllsa, krwawe horrory i dwunaste odsłony krucjat Bourne'a. Krew, pot, flaki i sex równa się szczęście czytającego faceta.
A potem siedzą sobie na kanapie, ona z tym różem, on z tymi flakami i realizują swój szablon.
I do głowy im nie przyjdzie by się wyłamać, zbuntować; przeczytać to, na co ma się ochotę, a nie to co według szablonu przynależy do płci. A przecież facet czytający "Jak poślubić wampira milionera" siedzący obok panny zgłębiającej "Szkołę przetrwania" to byłby widok piękny w swej niecodzienności.

niedziela, 30 października 2011

Cytat dnia

Orygenes, najwybitniejszy z wczesnochrześcijańskich egzegetów, przyznawał otwarcie, że nawet jemu zdarzyło się raz popełnić fatalny błąd w interpretacji Biblii.
Czytając wers dwunasty rozdziału dziewiętnastego Ewangelii według świętego Mateusza, zbyt dosłownie potraktował zdanie:  "a są i tacy eunuchowie, którzy dla królestwa niebieskiego sami się takimi uczynili. Kto może to przyjąć, niech to przyjmie" - i się wykastrował.
(...)  Z perspektywy hermeneutycznej interpretacji Pisma była to żenująca wpadka, polegająca na literalnym odczytaniu tekstu, który był głęboko alegoryczny, metaforyczny i mistyczny w swym przesłaniu.

źrodło:  Stuart Kelly "Księga ksiąg utraconych" s. 109

poniedziałek, 17 października 2011

Irlandzka biblioteczka

Jak średnio co drugi Polak swego czasu przeżywałam silną fascynację Irlandią i wszystkim tym, co z jej kulturą i historią było związane.Prócz książek mój pokój zapełniał się gadżetami: od szklanek do Irish Coffe przez zielono-biało-pomarańczową flagę po szalik z obchodów dnia świętego Patryka.

Po latach szklanka ostała mi się jedna, flaga przepadła w czasie przeprowadzek, szalik zmienił właściciela, ale zostało to, co najcenniejsze - książki.
W biblioteczce do dziś dumnie stoją grube tomiszcza i cieniutkie woluminiki. Irlandzką biblioteczkę zaczyna ceramowskie wydanie pracy M.Dillon i N.C.Chadwick "Ze świata Celtów", którą po długich poszukiwania po różnych antykwariatach znalazłam w końcu na internetowej aukcji.
Portfel stał się dzięki temu dużo lżejszy, a ja szczęśliwsza.

Za tą książką stoi mały niepozorny z wyglądu prawdziwy skarb. Tym razem za zupełny bezcen udało mi się zdobyć dość trudno dostępną pracę Dereka Bryce "Symbolika krzyży celtyckich".
Dalej stoi już bardzo powszechne wydanie mitologii Celtów Jerzego Gąssowskiego z czarnej serii Mitologie Świata wydawanej przez Wydawnictwo Artystyczne i Filmowe w latach 80. Ta pozycja właściwie zamyka moją irlandzką literaturę naukową. Zaraz przy niej stoi literatura piękna Zielonej Wyspy.Tworzy ją kilka książek, najbardziej dumna jestem z czterech.

Trzy pierwsze to trudno dostępne tomiki poezji:


Od razu zastrzegam, że za poezją nie przepadam delikatnie mówiąc, ale ta staroirlandzka w tłumaczeniu Małgorzaty Goraj i Ernesta Brylla po prostu mnie urzekła.


O czwartą książkę wzbogaciłam się całkiem niedawno. Pięknie ilustrowana opowieść Małgorzaty Goraj-Bryll i Ernesta Brylla o ich pobycie na placówce dyplomatycznej w Irlandii uświetniła mój księgozbiór.

Większość historii opowiada pani ambasadorowa, która tym razem podpisała się podwójnym nazwiskiem. Właściwie jest to zapis jednego z czterech Bloomsday, które p.Goraj-Bryll świętowała na Wyspie, pełne dygresji i anegdot. Święto Jamesa Joyce'a staje się przyczynkiem do szerszych dywagacji i jak sam Joyce, którego ślady autorka tropi, przerzuca nas z tematu na temat dając jednocześnie świadectwo swojej niezwykłej erudycji.

Fakt, że czasami odnosiłam wrażenie, iż jest to książka o tym ilu znanych ludzi spotkała pani ambasadorowa. Jednak każda opisywana znajomość miała w sobie coś niesamowitego. Więc albo faktycznie państwo Bryll mieli szczęście do wyłącznie wyjątkowych spotkań, albo (co wydaje mi się bardziej prawdopodobne), to oni potrafili w tych znajomościach doszukać się literacko-historycznych powiązań.

Po lekturze "Celtyckiego splotu"ogarnęło mnie uczucie pozytywnej zazdrości - bo takiej wiedzy i możliwości jej zgłębiania na miejscu można tylko pozazdrościć. M.Goraj miała dużo czasu, aby studiować swojego ukochanego "Ulissesa" i konfrontować go z zastaną rzeczywistością.
Ja też chętnie pozgłębiałabym w ten sposób choćby "Mistrza i Małgorzatę".
Czy ktoś nie chciałby mnie wysłać na placówkę dyplomatyczną do Moskwy?

A czy Wy jaką książkę chcielibyście tak tropić?

niedziela, 16 października 2011

Apokalipsa wg Glukhovsky'ego

Dmitry Glukhovsky "Metro 2033"

Konflikt nuklearny wyniszczył prawie całą ludzkość - prawie, gdyż niedobitki przetrwały i teraz w skażonym, napromieniowanym świecie próbują odtworzyć relacje społeczne.
Banalne, było... niby tak, ale nie do końca.
Tym razem środowiskiem, w którym przetrwali ostatni przedstawiciele ludzkości nie są niedostępne pustynie a'la MadMax albo ruiny Nowego Yorku ale - moskiewskie metro. Skomplikowana, olbrzymia sieć, od swych początków "obarczona" masą urban legends (chociażby tych o istnieniu Metra-2 albo pociągu widmo z duszami ofiar katów z Łubianki).
Po wyniszczającej wojnie stacje metra stanowią swoiste minipaństwa. Niektóre ze sobą współpracują, inne walczą o wodę, żywność albo ideę; na niektórych da się względnie spokojnie egzystować, inne szamocą się w amoku faszystowskich bądź bolszewickich idei; jedne spokojnie ze sobą handlują, inne pragną zakopać swych sąsiadów żywcem. Jedni szukają raju, inni twierdzą że metro to przedsionek piekła...
Jakby tego wszystkiego było mało po opuszczonych stacjach snują się mutanty, dusze umarłych; w ciemności słychać tajemnicze szepty przyprawiające o obłęd, nowe formy życia starają się znaleźć swe miejsce w tym osobliwym łańcuchu pokarmowym, wczorajszy przyjaciel dziś może być śmiertelnym wrogiem.
W tym klaustrofobicznym, mrocznym piekle główny bohater, Artem, stara się odnaleźć sens; wierzy, że ma misję - musi uratować swoją stację (aż by się chciało napisać - Ojczyznę), a może i całe metro. Ale czy naprawdę tylko o to chodzi? Może Artem nie jest zwykłym młodzieńcem, może został przez Wybrany? A może to wszystko jest wynikiem halucynogennych gazów w podziemnych korytarzach?
"Metro 2033" wciąga; poszczególne stacje tworzą zamknięte światy, ze swoją ideologią (czasem wręcz wiarą), systemem wartości, strukturą społeczną. Świat zewnętrzny - upragniony raj, jest jednocześnie napromieniowanym piekłem i źródłem cennych towarów, zaś opisy naziemnych eskapad są niezwykle sugestywne i trudno oprzeć się wrażeniu, że TO rzeczywiście mogłoby tak wyglądać.

PS1. Mimo ogólnie dobrego wrażenia - muszę się przyczepić do tłumaczenia. Miejscami kuleje, zdania bywają sztywne niczym z automatycznego translatora (co pewnie wynikało z pośpiechu, bowiem "Metro" to obecnie cała społeczność, cykl powieściowy i multimedialny w jednym). Drobny fakt, że główny bohater w polskim wydaniu nosi dziwne imię Artem, zamiast pospolitego Artiom (Артём) boli na każdej z 590 stron.
PS2. Książka trafiła do mnie dzięki uprzejmości Krzysztofa - na swoim blogu ogłosił on, że "blisko 100 książek szuka nowego domu"... kilka maili, jedno spotkanie w Sopocie, i tak oto stałem się posiadaczem "Metra", a przy okazji czytelnikiem ciekawego bloga (który obecnie szczerze polecam) i "znajomym" na Google Plus.

niedziela, 25 września 2011

Powrót do przeszłości


 "Mulat w pegeerze"  Krzysztof Tomasik (red.)

W domu mojego Dziadka jeszcze kilka lat temu na półkach stały małe, kieszonkowe wydania z nadrukiem "Ekspres Reporterów". Nigdy do nich nie zaglądałem, kojarzyły mi się z telewizyjnymi programami, w których reporter udaje zainteresowanie biednymi ludźmi, wypłakującymi swe żale do kamery; teatralne gesty prowadzących, głosy pełne wściekłości, ciemne paski zakrywające twarze czarnych charakterów.
Seria "Ekspres Reporterów" była w latach PRL-u niezwykle popularna. W niewielkich tomikach z reguły umieszczano trzy reportaże (społeczny, aktualne wydarzenia, kryminalny), ukazujące ówczesną rzeczywistość. Reporterzy nie bali się poruszać tematów kontrowersyjnych, szokujących, nieznanych. Z tego też powodu seria przez wszystkie lata cieszyła się ogromnym powodzeniem. Po '89 zniknęła z rynku; miejsce długich, wnikliwych reportaży zajęły krótkie tabloidalne tekściki z mnóstwem zdjęć.

Obecnie otrzymujemy tom zawierający kilka z tamtych tekstów. Wybór, co nieuniknione, subiektywny i szczątkowy, w końcu z setek tekstów zostało wybranych zaledwie parę.
Wybrane reportaże są różne, zarówno pod kątem poziomu literackiego jak i tematyki - mamy i problem emigrantki tęskniącej za ojczyzną,  ciemnoskórego dziecka wychowującego się w prowincjonalnym miasteczku (tekst, który, niestety, także dzisiaj byłby aktualny), prostytutki, naturystów, problematykę zmiany płci.
Dla mnie największym walorem tego zbioru jest pokazanie PRL-u od innej strony - nie jako ziemi jałowej, na której dzielni opozycjoniści walczyli ze złą władzą; nie jako socjalistycznego raju na ziemi, nie zimnowojennej zbrojowni - ale jako zwykłego kraju, w którym miliony ludzi przeżywały swe mniejsze i większe dramaty, próbowały żyć normalnie i pokonywać przeciwności losu.
Na koniec jedna uwaga - jeśli "Mulat" wpadnie w wasze ręce - nie róbcie tego co ja. Nie czytajcie go za jednym posiedzeniem, od deski do deski. Rozłóżcie sobie tę lekturę na kilka(naście) wieczorów, smakujcie pojedyncze reportaże; dopiero wtedy docenicie te historie.

Za udostępnienie książki dziękuję Krytyce Politycznej.


 

wtorek, 13 września 2011

Koka, mak 'n pola walki.

"Wojny narkotykowe. Doniesienia z pola walki"
Bezzębni Indianie. Grubi wąsacze z kałasznikowami. Latynosi w białych garniturach. Wytatuowani czarni bracia dilujący na ulicach. Biała młodzież na odwyku. Śmierć w publicznej toalecie. Charles Bronson i jego krucjata w kilkunastu odsłonach. Zatroskani politycy i przestraszeni rodzice...
Takie obrazki z "wojny z narkotykami" serwują nam media. Co jakiś czas nagłaśniają jakąś większą akcję policji albo prezentują szokujące-porażające-wstrząsające dane.
Nikt z nas nie zastanawia się nad tym, skąd biorą się narkotyki na ulicach. Dlaczego toczona od kilkudziesięciu lat bezwzględna kampania antynarkotykowa nie przynosi efektów. Dlaczego Indianie hodują kokę i nie chcą przestawić się na marchewkę, kauczuk czy pszenicę. Dlaczego Afganistan stał się największym producentem opium na świecie. Dlaczego, dlaczego, dlaczego...

"Wojny narkotykowe. Doniesienia z pola walki" to książka starająca się odpowiedzieć na powyższe pytania.
Tom jest podzielony wg kryterium geograficznego - poszczególne teksty omawiają sytuację w Ameryce Łacińskiej, Azji, Afryce, Europie Wschodniej i Polsce.
Teksty są różne - wywiady z działaczami społecznymi, reportaże, minieseje, proza. Większości z nich  nie zaliczyłbym do spokojnych lektur - podczas czytania co rusz wynotowywałem sobie fakty do sprawdzenia ( niemożliwe, czy aby na pewno?!, 25 tysięcy?!...nazwiska, daty,kraje).

Bez względu na to, czy głosisz hasła legalizacji czy penalizacji, "Wojny" to książka warta uwagi. Wiedza i własna opinia są stokroć cenniejsze od medialnego bełkotu.

Za udostępnienie książki dziękuję Krytyce Politycznej.

poniedziałek, 12 września 2011

Ognisty anioł - szalone życie

Liliana Kern "Ognisty anioł. Historia Niny Pietrowskiej - muzy rosyjskich symbolistów"

"Ognisty anioł" Walerego Briusowa to książka, która w swoim czasie wstrząsnęła opinią publiczną. I nawet nie sama opisywana historia wzbudziła ogólne zainteresowanie, lecz wstęp, w którym autor informował czytelników, że dany tekst to cudem ocalony niemiecki XVI-wieczny rękopis. Briusow okazał się na tyle przekonywujący, iż niemieccy odbiorcy zaczęli zgłaszać do niego prośby, a potem wręcz zażądali oddania ich ojczyźnie oryginału.

Z książką związana jest jeszcze jedna historia, która podsycała zainteresowanie ówczesnych. "Ognisty anioł" był bowiem przelanym na papier autentycznym romansem rozgrywającym się w rosyjskiej śmietance artystów-symbolistów.
Miłosny trójkąt tworzyli: Andriej Bieły, Nina Pietrowska i sam autor - Walery Briusow. Ta kochająco-zwalczająca się konstelacja była niewyczerpanym źródłem natchnienia dla obu literatów i przyczyną rozpadu osobowości wszystkich zainteresowanych.

O Biełym i Briusowie napisano już wiele, w końcu i femme fatale doczekała się swojej ciekawej biografii. Liliana Kern podjęła próbę odtworzenia życia Pietrowskiej nie tylko w czysto historycznym wymiarze. Autorka niezwykle przekonywająco ukazała wewnętrzne rozdarcie rosyjskiej muzy: jej małe i wielkie tragedie, jej charyzmę i zadziwiające utożsamienie się z Renatą z "Ognistego anioła", dla której stanowiła pierwowzór.
Można powiedzieć, że tak barwne życie aż prosiło się o wielowymiarowy opis. Kern z dużym wyczuciem podeszła do tematu. Autorka nie potępia, ani nie gloryfikuje swojej bohaterki. Nie jest to także sucha analiza niezaangażowanego emocjonalnie postronnego widza. Jest to opowieść kobiety o kobiecie. Kern na kartach swojej pracy pokazała, iż jednoznaczna ocena Pietrowskiej jest zwyczajnie niemożliwa i choć takie zdanie nie pojawia się w biografii, czytelnik sam koniec końców dojdzie do takiego wniosku.

Lektura dla zainteresowanych rosyjską literaturą - obowiązkowa!

środa, 24 sierpnia 2011

Tak daleko, tak blisko

Jakub Łoginow "Białoruskie notatki"

Koń jaki jest, każdy widzi... Znacie, to posłuchajcie...
Te i inne mądre slogany otwierają się w naszych głowach, gdy słyszymy hasło "Białoruś". Bo przecież wszyscy wiemy, jaka jest sytuacja w tym kraju, dzielne polskie media zadbały, by w prime timie pokazać nam puste półki sklepowe, uwalane błotem kołchozy (albo sowchozy - kto zna różnicę?) i obwieszonego orderami "ostatniego dyktatora Europy".
My, widzowie telewizyjnych kanałów informacyjnych, czytelnicy "opiniotwórczych" gazet, światli bywalcy internetowych portali newsowych - mamy wręcz zakodowany czarno-biały podział na "cacy" demokratyczną, naszą Europę i "be" Białoruś.
Ale, skoro ów podział jest aż tak czytelny i klarowny, to dlaczego w tym kraju od kilkunastu lat nic się nie zmienia? Dlaczego "kolorowe rewolucje" z Ukrainy, Serbii, Gruzji nie przeniosły się do Mińska, nie zmiotły Łukaszenki i jego dworu, nie zniszczyły autorytarnego i niewydolnego systemu, nie wprowadziły nowej, wspaniałej, demokratycznej, prozachodniej polityki?
E-book Kuby Łoginowa, który składa się głównie z artykułów publikowanych w "Lwiwskiej Hazecie", stanowi próbę odpowiedzi na te pytania. Ukazuje nam wewnętrzne podziały niszczące białoruską opozycję (przez Autora określaną wręcz mianem pseudoopozycji). Przedstawia autentyczne sukcesy rządów Łukaszenki (służba zdrowia, edukacja, także infrastruktura) dzięki którym może on uzyskać milczące poparcie (albo przynajmniej - brak sprzeciwu) sporej części białoruskich elit. Ukazuje przekrój postaw wśród Białorusinów, ich niechęć do radykalnych zmian i obawę (całkowicie zrozumiałą) przed chaosem i "ukraińskim bałaganem".
Najsmutniejszą częścią książki są opinie Autora o polskiej polityce wobec Republiki Białorusi - szczytne idee formułowane w Warszawie giną gdzieś w podlaskich samorządach, na przejściach granicznych, w konsulatach w Mińsku i Grodnie nadmiernie przedłużających procedury wizowe; szumne hasła o "proteście przeciwko rusyfikacji Białorusi" mocno kontastują z notami naszej ambasady pisanymi... po rosyjsku. I tak dalej, i tak dalej.
Czytając "Notatki" znowu mam wrażenie, że w Polsce idea i czyn jakoś nigdy nie mogą się spotkać na jednym szlaku.
Podsumowując - książka Jakuba Łoginowa to fascynująca wycieczka po Białorusi, kraju który niby powinniśmy znać, ale który w praktyce jest dla nas terenem zupełnie nieznanym i nieodkrytym. Aż szkoda, że ksiązka zajmuje się głównie okresem do lat 2006-2007; z chęcią poznałbym opinie Autora o obecnej sytuacji w tym kraju, zawirowaniach związanych z aktualnym kryzysem gospodarczym - i skonfontował je z tekstami, które znajduję w "opniotwórczych" czasopismach.
Może czas na "Białoruskie notatki II"?


Zainteresowanych e-bookiem odsyłam do strony PortEuropa

sobota, 13 sierpnia 2011

Nie tylko Szwejk

Mariusz Szczygieł "Gottland" (audiobook)
Wszyscy wiemy jacy są Czesi. Pepiki, z językiem brzmiącym jak dziecięce gaworzenie; zabawne, nieco głupkowate Szwejki, radośni piwosze gardzący odwagą i bitnością, ceniący spokój i wolność od niepokojów...
Mariusz Szczygieł nie podziela tej opinii. Może dlatego, że zna Czechy i Czechów, zna ich historię, zna pogmatwane losy tego kraju.
"Gottland" to zbiór kilkunastu reportaży, obejmujący praktycznie cały wiek XX.
Poznajemy pogmatwane losy Czechów próbujących poradzić sobie z niemiecką okupacją, problemem kolaboracji i buntu; potem żyjących w epoce stalinizmu, czerwonego terroru, gdy próbowali zachować życie, próbując jednocześnie nie stracić szacunku dla samych siebie. I wreszcie Czechy z czasu wolności, demokracji - i nie mniejszych wyzwań.
"Gottland" we wspaniały sposób przybliża nam Czechów - nację niby tak nam bliską, a jednocześnie obcą i egzotyczną.
Książką Szczygła powinien zainteresować się każdy, kto nie lubi powielania sztampowych, stereotypowych opinii, kto ceni żmudny i powolny proces wyrabiania sobie własnego zdania.

Z "Gottlandem" zapoznałem się w formie dźwiękowej - książkę w rewelacyjny sposób czyta Krzysztof Wakuliński. Jak w przypadku wielu audiobooków dzięki dobremu lektorowi treść tylko zyskuje. Mam nadzieję, że na audioteka.pl wkrótce znajdzie się także druga książka Mariusza Szczygła - "Zrób sobie raj"

czwartek, 4 sierpnia 2011

Mój wakacyjny romans z romansem?

Joanna Łukowska, "Nieznajomi z parku"

Już tak mam, że po lekturze popularno-naukowej szukam czegoś lżejszego, tak dla złapania oddechu. Tym razem książka znalazła mnie sama. Mając do wyboru trzy e-booki Joanny Łukowskiej sięgnęłam po tą, którą oznaczono jako romans.

I tu, ci co mnie lepiej znają, pewnie są zaskoczeni. Fakt, ja i romans, czy nawet ja i literatura kobieca to bardzo rzadkie połączenie. Jednak raz od wielkiego dzwonu porywam się na lekturę z tej półki, a tym razem to przynajmniej nie żałuję.
Powiedzieć, że dobrze mi się czytało "Nieznajomych z parku" to za mało. Za każdym razem, kiedy byłam zmuszona odejść od komputera, czułam żal, bo akcja była naprawdę wciągająca. Gdybym streściła fabułę może nie okazałaby się odkrywcza, ale to jak autorka buduje napięcie sprawia, że lektura zwyczajnie pochłania czytelnika. Wartka akcja w żadnym momencie nie siada, a opisy, sprowadzone do optymalnych rozmiarów są bardzo naturalne i kończą się na dwa zdania przed pojawieniem się myśli: "no dobrze, ale co tam dalej będzie się działo".

Myślę, że określenie roman jest w przypadku "Nieznajomych z parku" określeniem nie do końca prawdziwym. Czytelniczki, bo jednak to kobiety sięgają po tego typu lektury, znajdą tu o wiele więcej niż historyjkę rodem z Harlequina.

Dla mnie, to książka bardzo kinowa, bo odnoszę wrażenie, że mógłby być z niej naprawdę dobry film. I może daleko by mu było do obrazów Tarkowskiego, ale czy my oglądamy wyłącznie tzw. ambitne kino? Przecież każdy z nas lubi obejrzeć dobry film z niekoniecznie artystowskimi ujęciami.

Jeśli ktoś nabrał ochoty na lekturę e-booków Joanny Łukowskiej polecam stronę: http://www.rw2010.pl/ - gdzie można odkryć, że Łukowska jest nie tylko autorką romansu, ale również książki: "Pierwsza z rodu: Znajda" - z gatunku fantasy i "Państwo Tamickie"- zbioru obyczajowych opowiadań. Cóż, jeśli romans okazał się taki wciągający, to po te już bez obawy sięgnę:)


środa, 3 sierpnia 2011

Natasza tańczy, a Tołstoj szuka prawdziwej rosyjskiej duszy

Orlando Figes, "Taniec Nataszy. Z dziejów kultury rosyjskiej"

Kiedy wiosną opisywałam z dużym zapałem pracę Jurija Łotmana, byłam przekonana, że nikt tak jak on nie potrafi spojrzeć na kulturę. Metodę, którą zastosował autor, można by nazwać przekrojow-drobiazngową i dla mnie okazała się wspaniałym odkryciem. Na szczęście miałam okazję się przekonać, że Łotman znalazł godnego następcę i to nie Rosjanina(!).

Kilkakrotnie już pisałam o swojej antypatii wobec cudzoziemców piszących o Rosji - lecz tym razem znalazłam jeden z nielicznych wyjątków od tej reguły.
Orlando Figes, brytyjski historyk, sprytnie żongluje wiadomościami i anegdotami, tworząc lekkostrawną, ale bardzo pożywną "sałatkę informacyjną". Znalazło się w niej miejsce dla szerokiego wachlarza przeróżnych przejawów kultury od muzyki, baletu, poprzez literaturę, malarstwo, kino do sztuki ludowej włącznie.

Księga (bo to 440 stron mocno ściśniętych akapitów) raczej nie może służyć za podręcznik jest na to byłaby zbyt chaotyczna, a także wymaga już pewnej wiedzy od czytelnika. Dla mnie stanowi to jednak o jej kolejnym walorze, który wkładam do szeregu innych plusów.
Do minusów książki zaliczyłabym głównie to, że przytaczane cytaty są albo odrazu tłumaczone na język polski, albo podawane wyłącznie w zapisie fonetycznym. Brak oryginalnych zapisów w moich oczach obniża wartość książki, choć przy tylu zaletach to właściwie jedyna wada (gdybym chciała się czepiać - to pod jedną z ilustracji jest zamieszczony niewłaściwy opis, ale czepiać się nie będę;D).

Wszystkim tym, którzy zachłysnęli się książką Łotmana, Gorąco polecam Figesa. A tym, którzy jeszcze nie sięgnęli po "Kulturę Rosji..." - "Taniec Nataszy..." polecam tym bardziej. Figes jest mniej akademicki przez co przystępniejszy, ale równie ciekawy!

wtorek, 26 lipca 2011

Świat poskładany z części


Artur Boratczuk, Wedle reguły kreacji

Są takie książki, które odkrywają może nie całe światy, ale nowe szufladki w naszym unormowanym systemie czytelniczym. Trzecia z kolei publikacja Artura Boratczuka jest właśnie taką książką. Czytając ją, jak już dawno nie miałam takiego wrażenia, że nie czuję pod sobą twardego gruntu, na które złożyły się lata lektur. I co najważniejsze - wcale mi to nie przeszkadzało!

"Wedle reguły kreacji" to niby zwykła opowieść - historia pewnego mężczyzny, który przez całe swoje życie składa uniwersalną teorię o świecie. Bohater dobiera kolejne fragmenty do swojej filozofii, jak kawałki różnych przedmiotów, które w dzieciństwie odnajdywał w pobliżu swojego domu, a w dorosłym życiu dopasowywał do reszty w najbardziej nieoczekiwanych miejscach.

Książka Boratczuka jest lekturą na tyle wciągającą, że przy jej czytaniu nie męczyło mnie, jak zazwyczaj, że jest wydana w e-formacie, a to może chyba posłużyć za najlepszą reklamę;)

Prócz zalet samej książki chciałabym ze swej strony życzyć Autorowi powodzenia, bo wierzę w nie. Profesjonalizm z jakim Pan zabiera się do promowania swojej książki jest godny naśladowania.

A zainteresowanych lekturą "Wedle reguły kreacji" zapraszam na stronę: http://virtualo.pl/wedle_reguly_kreacji/nowosci/m2i9307/

środa, 20 lipca 2011

Całkiem negatywny kraj


Jacek Hugo-Bader "Biała gorączka"
W swojej rusofilskiej pasji sięgnęłam po kolejną książkę o Rosji, a właściwie powinnam w tym wypadku pisać o "rosji".

Reportaż Hugo-Badera ze swego założenia pokazuje naszych wschodnich sąsiadów jako zbiorowisko ludzi podłych, ludzi brudnych, zastraszonych i niezdolnych do wznioślejszych myśli czy głębszych uczuć. Cała plejada osób, które pojawiają się na kartach "Białej gorączki", to degeneraci wykorzystani przez wspłziomków lub ich wykorzystujący. W reportażu nie ma ani jednej pozytywnej postaci!
O Rosjanach autor tylko wtedy nie wypowiada się źle, gdy porównuje do nich mniejszość etniczną - Ewenków, na których wiesza ostatnie psy. Takie ocieplenie wizerunku Rosjan nie wychodzi im jednak na dobre, bo nadal w tekście nie doszukamy się jednoznacznie dobrego zdania o nich.
Nie mam złudzeń i wiem, że wśród naszych wschodnich sąsiadów jest masa bandytów, złodziei, narkomanów etc., ale Hugo-Bader cierpi chyba na nacjonalny daltonizm. Wszyscy Rosjanie to według niego czarne charaktery.
Prócz stronniczości można niestety również zarzucić brak pogłębionej refleksji być może wypływającej z powierzchownej znajomości poruszanego tematu. Jeśli pochopne sądy autora nie wypływają z braku wiedzy, to odznacza się on dużą ignorancją. Nie wiem co lepsze?
Zastanawia mnie po lekturze "Białej gorączki" jeszcze jedno. Jak w ciągu całej podróży z Moskwy do Władywostoku, żyjąc niejednokrotnie na kredyt tubylców, korzystając z ich bezinteresownej gościnności i pomocy, mógł autor na koniec postawić im tak niechlubny pomnik?

niedziela, 17 lipca 2011

Czytelnicza epidemia

Ciekawa inicjatywa znaleziona i podesłana przez Violet na stronie LubimyCzytać.pl:

Nie duś w sobie czytelniczego wirusa! Weź książkę i zaraź innych pasją do czytania!

Weź jedną książkę ze swojej półki, wydrukuj i włóż do niej tę informację, a następnie idź i zarażaj! Zaczynamy 10 sierpnia 2011.

Pamiętaj! Każda przypadkowo spotkana osoba - mała, czy duża, to idealny obiekt do zainfekowania. Podaruj książkę ekspedientce, połóż na wycieraczce sąsiada, na masce wybranego samochodu, wręcz przypadkowemu przechodniowi.

Czytelniczy wirus nie omija nikogo! Ani marudnej teściowej, ani zapracowanego biznesmena, ani spotkanego kominiarza, ani nieznajomego z tramwaju.

Niech 10 sierpnia wybuchnie CZYTELNICZA EPIDEMIA!

Jeżeli każdy z nas rozsieje chociaż 1 wirusa, a ten zakiełkuje w organizmie zarażonego i będzie rozsiewać się dalej, to nie powstrzymamy CZYTELNICZEJ EPIDEMII!

Idźcie i zarażajcie!





wtorek, 12 lipca 2011

Zaginiona biblioteka, czyli o pożyczaniu książek


...Co dotyczy sposobu uzupełniania biblioteki, to jest zazwyczaj taki. Zobaczywszy w księgarni jakąś książeczkę i wykrzyknąwszy: "Oto co trzeba wziąć!" - dumnie niesiesz ją do domu, tutaj przez miesiąc pozwalasz jej walać się na stole, żeby była pod ręką, potem najczęściej dajesz komuś poczytać lub tym podobne - książeczka znika bez śladu. Gdzieś tam, oczywiście, ona jest; mam całą ogromną bibliotekę, która gdzieś tam jest.
Książa przynależy do tych zadziwiających przedmiotów, które zazwyczaj wiodą jakiś na pól widmowy żywot: one "gdzieś tam są". Do tego typu rzeczy nalezą: jedna z dwóch rękawiczek, klucze, młotek, książeczka wojskowa i w ogóle wszystkie potrzebne dokumenty. Wszystko to - to rzeczy, których nie można znaleźć, ale które, jednakże, "gdzieś tam są". Jeśli człowiek nie doliczy się stówki, nie mówi, że ona "gdzieś tam jest", a mówi, że ją zgubił albo mu ją ukradli. Ale, nie doliczywszy się, powiedzmy, "Przygód Antonina Vondrejca" z prawdziwym fatalizmem mówię, ze one "gdzieś tam są". Nie mam pojęcia, gdzie znajduje się to książkowe "gdzieś tam", nie mogę wyobrazić sobie, gdzie podziewają się książki. Myślę, że , kiedy trafię do nieba (jak przepowiedział mi p.Getz), pierwszą rajską niespodzianką będą dla mnie wszystkie moje książki, które teraz "gdzieś tam są" i które znajdę dokładnie poustawiane według zawartości i formatu. Panie, jaka to będzie ogromna biblioteka!...
Karel Capek "Gdzie podziewają się książki"
tłumaczenie z j.rosyjskiego: Violet
Moja zaginiona biblioteka nie byłaby tak ogromna, bo jednak dbam o to, aby pożyczone książki trafiały do mnie spowrotem - jeszcze bardziej dbam chyba tylko o to, aby oddać pożyczone przez siebie książki i to w jak najszybszym terminie:)
PS. Za dobrym podszeptem Ysabell przeczytałam Capka "Księgę apokryfów" - jak mówił klasyk "ześmiałam się ze śmiechu jak norka" :)

niedziela, 10 lipca 2011

Nie wszystko złoto, co skandynawskie

Leif GW Persson "Między tęsknotą lata a chłodem zimy"

Sprawa miała być prosta - po przeczytaniu 'n' opasłych, wciągających skandynawskich kryminałów sięgam po kolejne głośne, szwedzkie dzieło i się zachwycam, kolejne tomy dokupuję, po necie informacji o autorze szukam, zaś ową wiekopomną prozę wszem i wobec polecam.
Cóż.. niby wszystko jest ok. Tomiszcze jest spore, ponad 600 stron - więc pierwszy warunek szwedzkiego bestsellera spełniony. Długi, nie-do-zapamiętania tytuł, odpowiednio mroczna okładka z 'wciągającymi' zwiastunami. Głośna zbrodnia - zabójstwo Olofa Palme -  jako (rzekomo) główny temat książki.
 Co z tego, skoro po wyciśnięciu akcji i wyrzuceniu zbędnych ozdobników i wstawek zostaje nam... niewiele. Intryga w "Miedzy tęsknotą..." nie jest nadmiernie skomplikowana, nie zaskakuje czytelnika, zaś kolejni bohaterowie i kolejne sceny nie wprowadzają nowych zaskakujących faktów, nie dodają nowych szczegółów. Po prostu SĄ, tak jakby autorowi płacono od strony.
Czytając tę książkę miałem wrażenie, że autor nie lubi swych bohaterów. Każdy z nich jest skażony - albo jest faszystą, albo seksualnym dewiantem, albo nieudacznikiem. Albo faszystowskim, zboczonym nieudacznikiem. Nawet te z postaci, które w jakiś cudowny sposób nie są skrajnie negatywne, nie dostąpiły od autora zaszczytu zostania Prawdziwą Postacią Pierwszoplanową, zdolną porwać za sobą czytelnika, wciągnąć go w akcję. Ot, przez książkę przewija się cały tabun literackich postaci, które nas ani ziębią, ani grzeją, a często wręcz nudzą.
Być może wątki zaczęte w "Między tęsknotą..." znajdą rozwinięcie i wyjaśnienie w kolejnych tomach trylogii. Ale, przyznam szczerze, raczej po nie nie sięgnę - na chwilę obecną nie potrzebuję kolejnego książkowego rozczarowania.

sobota, 9 lipca 2011

Książki kucharskie

Książki kucharskie

Mam ich w domu kilka, choć nie przepadam za gotowaniem. Żadnej z nich sobie nie kupiłam - wszystkie były prezentami. Cóż, trudno ukryć przed rodziną, że kucharzenie nie jest moją pasją. Lubię piec i mogłabym się żywić wyłącznie słodkim:)Jednak jako córka kucharza z dyplomem mistrza, chcąc nie chcąc muszę się trochę kuchnia interesować. Druga rzecz, że ja mogę żyć na czekoladzie, ale mój żołądek już nie.

Wracając do książek kucharskich. Od dłuższego czasu rynek księgarski przeżywa ich istny zalew. Znajdziemy wśród nich kuchnie z całego świata, książki o potrawach wegetariańskich, jarskich etc., książki o kanapkach, sosach, daniach z jednego garnka, 101 sposobów na ziemniaka i zupę z kołka od kiełbasy.
Trzeba przyznać, że są one zazwyczaj pięknie zilustrowane zdjęciami i wydrukowane na wysokiej jakości papierze (nieraz nawet zalaminowanym, bo w końcu mają to być pomoce kuchenne).

A co z ich zawartością?
Tu niestety troszkę gorzej. Bardzo często wydawane u nas książki są przedrukami z obcych języków. Problem zaś tkwi w wymaganych składnikach. I to one stanowią moje kryterium oceny przydatności danej książki. Bo co mi po przepisie na pyszne danie, gdy połowy składników nie można u nas dostać, a kolejnych paru to nawet nie znam? Oczywiście można poszukać w internecie, dowiedzieć się czy to jest jakieś warzywo, a może przyprawa i spróbować je zamienić czymś krajowym. Ale czy otrzymamy porządany efekt? Wątpliwie.

Takim dobrym przykładem na pięknie wydaną, ale zupełnie nie przydatną dla mnie książkę jest "Wieka księga dobrej kuchni" - pięknie wydana, oprawiona w dodatkowy kartonik, ale z zamieszczonych kilkuset przepisów wykorzystuję zaledwie dwa...

Natomiast moją ulubioną książką kucharską jest mało okazała co do rozmiarów "Kuchnia rosyjska". Spróbowałam z niej większość przepisów i wszystkie (!) okazały się na tyle smaczne, że weszły na stałe do mojego jadłospisu. Jedyną wadą tej pozycji jest to, że zawiera zbyt mało recept. Dania proponowane przez autorów są pracochłonne i czasochłonne, za to mogę je z czystym sumieniem nazwać hitami mojego stołu - specialite de la maison:)

Fakt, że jest to akurat kuchnia rosyjska w moim przypadku nie jest zaskoczeniem i szczerze pisząc od jakiegoś czasu przymierzam się do kupna dużo formatowej "Kuchni rosyjskiej" autorstwa Innej Łukasik. Prawie ją kupiłam na licytacji, ale wolę wpierw zobaczyć ją na żywo.
Trzeba przecież sprawdzić z jakich składników autorka proponuje robić potrawy:)

środa, 6 lipca 2011

Grafomania, garncarstwo, polityka - czyli rozmowa z Andrzejem Pilipiukiem

Buszując po podcastach Radia TOK FM trafiłem na bardzo ciekawą rozmową z Wielkim Grafomanem, czyli Andrzejem Pilipiukiem.
Jeśli macie trochę wolnego czasu - naciśnijcie play.
Miłego słuchania.
P.S. Polecam poszperanie także w innych podcastach na tej stronie - zwłaszcza audycje Cezarego Łasiczki przywracają nadzieję na "inteligentne radio w naszych domach"

piątek, 1 lipca 2011

Trylogia Canavan

Trudi Canavan "Gildia Magów" "Nowicjuszka" "Wielki Mistrz"
Nie jestem znawcą literatury fantazy, choć smoki i tym podobne stwory nie są mi obce. Oczywiście przeczytałam "Władcę pierścieni" i "Hobbita" J.R.R.Tolkiena, ale już przez "Harry Pottera" nie przebrnęłam (po 30 stronach włączył mi się "syndrom PESELu").
Do trylogii Trudi Canavan zabierałam się długo. Od momentu ukazania się na rynku książka zaintrygowała mnie. Brak kolorowej okładki straszącej smokami i smokopodobnymi stworami oraz brak złotych, tłoczonych liter na niej kazał mi sie zastanowić nad lekturą.
"Trylogia Czarnego Maga" - bo taki tytuł zbiorczy noszą książki - jest w pewnym sensie inną wersją Pottera. Jest szkoła magów, wybijająca się swymi czarodziejskimi talentami nowicjuszka pochodząca z nizin społecznych oraz grono nauczycieli, które stanowi całą gamę charakterów ludzkich.
Czym więc różni się jedna saga od drugiej?
Na pewno językiem i na nim bazuje chyba cała odmieność. U Canavan jest też mniej magicznych artefaktów, ale jak dla mnie przez to jej książka nie traci, a wręcz zyskuje. Ascetyczność motywów fantastycznych, jak na w sumie ponad 1800 stron, jest według mnie pozytywnym objawem. Uczucia, intrygi, charaktery stają się w tym momencie bardziej uniwersalne, dzięki czemu młodzieży łatwiej identyfikować się z nimi. Dlaczego młodzieży? Bo to do niej głównie powinna trafić ta książka. Wiem, że zaraz wielu ludziom sie narażę, ale uważam, iż Canavan jest lepsza od J.K.Rowling - bardziej subtelna i zostawiająca więcej miejsca dla wyobraźni czytelnika.

wtorek, 28 czerwca 2011

Schemat

Najpierw upiecz głównego bohatera - weź szczyptę społecznego niedostosowania (polecamy samotników, ciemne ubrania, mroczne spojrzenie; jeśli nie masz ich w spiżarni możesz jako zamiennika użyć niekochającej rodziny), polej sosem romantyzmu, polecamy także dodanie łyżeczki buntu. Wstaw do piekarnika na ~ 20 minut.
W międzyczasie przygotuj miejsce akcji. Najlepiej użyć Tajemniczej Barcelony, choć zwolennicy nowoczesności preferują raczej Mroczny Nowy Jork. Dodać pół szklanki starych budynków; mieszać dokładnie, co jakiś czas dosypując nazwy ulic, sklepów bądź lokalne ceny. Te ostatnie smaki są bardzo cenione przez krytycznie nastawionych smakoszy. Po wymieszaniu postawić w chłodnym miejscu.
Teraz przygotuj intrygę. Tu możesz pozwolić sobie na największą dowolność, oczywiście pamiętając, że musisz zastosować: miłość (ilość zależna od gustu; polecamy od 1/2 szklanki do nawet dwóch), nagłe zwroty akcji (pamiętaj, by były mocno zmielone; zbyt grube ziarna są częstym błędem początkujących) oraz niedopowiedzenie (tu jednak nie przesadź z ilością; zbyt wiele niedopowiedzenia potrafi przytłumić smak miłości i nagłych zwrotów). Dodaj dwie czubate łyżki czarnego charakteru, najlepiej gruboziarnistego, o wyrazistej konsystencji i zapachu.
Wymieszać w mikserze miejsce akcji i intrygę. Tak przygotowaną masę polej na głównego bohatera.
Po wystygnięciu całość owiń w twardą oprawę. Zaleca się, by na zewnętrznej stronie oprawy znalazła się czarnooka, tajemnicza kobieta bądź niebieskooki blond-zbój (mogą być z torebki, mają niewielki wpływ na smak).
Po wystygnięciu całość gotowa do podania.
Resztki pozostałe z przyrządzania potrawy można użyć do przygotowania tomu drugiego.
Smacznego!

sobota, 18 czerwca 2011

Pisać / czytać


Wszyscy dzisiaj chcą pisać, a mało kto chce czytać. A tak się nie da. Nie ma innej drogi do pisania, niż poprzez czytanie

(wywiad z Zadie Smith, "Książki - magazyn do czytania" nr 1/2011)

piątek, 17 czerwca 2011

Książki ładne, ale o niczym...


Wśród wielu dobrych książek o książkach, których ,m.in. na fali "Cienia wiatru" Zafona, przybyło, pojawiły się także lektury mierne. Sama pożyczałam je z biblioteki, czy od rodziny, bo skusił mnie opis z tyłu książki, a czasem nawet sama okładka.
Niechlubnym numerem jeden na mojej liście "Piękne, ale nie warte czytania" jest "Księga bez tytułu" autorstwa Anonima. Okładka, jak już się rzekło, spodobała mi się, ale treść była tak słaba, że szkoda mi czasu, który na nią poświęciłam. Nawet najbardziej zagorzali fani wampirów, starych ksiąg i szybkiej akcji, muszą czuć się po prostu rozczarowani po tej lekturze.


Numerem dwa oznaczyłabym "Antykwariusza" Juliana Sancheza, jednak tym razem zniechęcona po pierwszych trzydziestu stronach odłożyłam lekturę. Zniechęciły mnie do dalszego czytania żenująco sztuczne dialogi, przesadzone opisy, które zamiast budować atmosferę tajemniczości mimowolnie bawiły swym infantylizmem oraz sztampowość. Przez to ostatnie rozumiem brak wyobraźni autora umieszczającego akcję swojej powieści w Barcelonie (a gdzieżby indziej?!), głównym bohaterem jest antykwariusz-erudyta ze snobistycznymi przyzwyczajeniami, a tajemnica kryje się (a jakże!) w cudem ocalonym XIV-wiecznym rękopisie.

Trzecie miejsce na mojej czarnej liście jest póki co puste. Mam nadzieję, że jeszcze długo takim pozostanie.

PS.Nie wiem czy gratulować, czy potępiać wydawnictwo, które wypuściło obie opisywane przez mnie książki. W końcu okładki spełniły swoją rolę - przyciągnęły do siebie moją uwagę. Można więc ich krytykować, można chwalić, a co pewne - można się załamać...Zwłaszcza, kiedy oficyna łączy się z inną firmą i teraz połowę jej oferty stanowią książki, a połowę ogrodowe krasnale z fotokomórką (wyczuwając ruch krasnal zaczyna chrapać) i podświetlane fontanny...


PPS. Żeby nie posądzono mnie o stronniczość, muszę przyznać, że ostatnio z tego samego wydawnictwa wpadła mi do rąk bardzo sympatyczna pozycja "Biblioteka cieni" Mikkela Birkegaarda. Też książka o książkach bardzo miła lektura na lato - polecam:)

wtorek, 14 czerwca 2011

Przekład


Przebiegając z entuzjazmem i ufnością angielską wersję tekstu pewnego chińskiego filozofa, trafiłem na ów pamiętny fragment: "Skazany na śmierć nie obawia się stanąć nad przepaścią, bo odrzucił już życie". W tym miejscu tłumacz postawił gwiazdkę i poinformował mnie, że jego interpretacja jest słuszniejsza niż wersja innego sinologa rywala, który tłumaczył to tak: "Służący niszczą dzieła sztuki, by nie musieć osądzać ich piękna i defektów". Wtedy, jak Paolo i Francesca, przestałem czytać. Tajemniczy sceptycyzm przeniknął do mojej duszy.

[J.L.Borges, cytat znaleziony w "Przekładzie" Pablo De Santisa]
Odwieczny dylemat - czytać tłumaczenia, czy wersje oryginalne. Nie potrafię opowiedzieć się po żadnej ze stron.
Właśnie skończyłem Single&Single Le Carre, po angielsku. Lektura zajęła mi X tygodni, walka ze skomplikowanym, pełnym niedomówień stylem mistrza powieści szpiegowskiej nie była łatwa. Ile przekładów jego powieści zdołałbym przeczytać w tym czasie?
Z drugiej strony - czytanie w oryginale niesie w sobie pewną dawkę pozytywnego snobizmu, coś w stylu spotykam się z prawdziwym tekstem Autora, a nie z jego interpretacją.
Każdy, kto kiedykolwiek próbował (choćby amatorsko) przetłumaczyć jakikolwiek tekst wie, że nie da się tego zrobić obiektywnie; przekład zawsze zniekształca, deformuje tekst oryginalny. Ale przecież nie zawsze te zmiany muszą być złe, wręcz przeciwnie, mogą dorzucać dodatkowe odcienie, tony, akcenty... jak to powiedział kiedyś pewien Anglik: zazdroszczę Wam, nie-Anglikom - u Was każde pokolenie ma swojego własnego Szekspira!
Dylemat - oryginał czy przekład - nie rozstrzygnięty.

czwartek, 2 czerwca 2011

O porządkowaniu domowego księgozbioru

Karel Capek "Gdzie podziewają się książki" (1926r.)
...Raz na trzy lata dopada mnie nieodparta chęć doprowadzić swoją bibliotekę do porządku. Robi się to tak: trzeba zdjąć wszystkie książki z półek i wywalić je na podłogę, żeby posortować. Potem bierzesz z kupy jakąkolwiek książkę, siadasz gdzie popadło i zaczynasz ją czytać. Na drugi dzień postanawiasz działać metodycznie: najpierw porozkładać na kupki: tu popularno naukowe, tam filozofia, tam historia i nie wiem co tam jeszcze; przy czym po raz setny odkrywasz, że większa część książek nie mieści się w żadnej z kupek: jakby nie było, okazuje się, że do wieczora wszystko pomieszałeś. Na trzeci dzień próbujesz posortować choćby według formatu. A kończy się tym, że bierzesz garściami wszystko pod rząd, jak leży, i wpychasz na półki, po czym znów uspokajasz się na trzy lata...*
*Tłumaczenie z rosyjskiego: Violet
Cóż, chyba mam kolejny powód, aby nie porządkować księgozbioru:)


wtorek, 24 maja 2011

Kava na wynos

Alex Kava "Granice szaleństwa"
Na nazwisko Autorki natykałem się często - reklamy w prasie, w e-sklepach, na blogach. W końcu dałem się skusić i sięgnąłem po dzieło fantastycznej, amerykańskiej pisarki, bestsellerową historię...
Hm. Wiem, że marketing, także ten wydawniczy, ma swoje prawa, ale naprawdę nie widzę w twórczości Kavy niczego wyjątkowego.
Główna bohaterka, oczywiście, jest inteligentna, niezależna, podoba się przedstawicielom płci męskiej (100% skuteczność wśród prowadzących śledztwo policjantów). Jest po amerykańsku szczęśliwa, po FBI-owemu twarda, po genderowemu feministyczna.
Zbrodnia w "Granicach szaleństwa" jest, co także oczywiste, seryjna (jankesi lubują się w seryjnych mordercach, Alex Kava nie jest tu wyjątkiem). Zbrodnia musi być przerażająca, tajemnicza i gorsza niż to, co dotychczas widzieliśmy w serialach tv. Mamy więc gnijące trupy, wycięte organy... ble,ble, ble. Wszystko to już było, tylko w nieco innym ubranku.
A teraz główny Zły, czyli ów seryjny morderca. Źródło jego szaleństwa tkwi (jak w każdym amerykańskim bestsellerze) w nieszczęśliwym dzieciństwie (spotkaliście się w jakiejkolwiek amerykańskiej książce z inną sytuacją?). Toksyczna matka, gnębienie, samotność, odrzucenie - w tych opisach schemat aż przytłacza, czasem czułem się jakbym przeglądał książkę czytaną naście razy.
Przy wszystkich wymienionych wadach "Granice szaleństwa" czyta się całkiem nieźle. O ile nastawimy się na lekkie czytanie w podróży i nie będziemy oczekiwali intelektualnych fajerwerków - sprawne rzemiosło, wartka akcja, trochę humor. I bestseller gotowy.

poniedziałek, 23 maja 2011

10 próśb książki do czytelnika

           
źródło: Book Z Nami
 

Przyznaję się bez bicia, że nie wszystkie powyższe prośby spełniam - lubię czytać przy jedzeniu (Violet, nie krzycz na mnie), kładę książki grzbietem do góry... i coś mi też szepce do ucha, że czytanie w wannie podpada pod punkt VIII.
Ale żeby nie było, że jestem TenZły - wyrosłem już z pisania po książkach, zaginania rogów, noszenia książek w tylnej kieszeni spodni (trochę zbyt dosłownie traktowałem nazwę pocket book), podkreślania WAŻNYCH FRAGMENTÓW, modyfikowania okładek...
Chyba musiałem przejść przez taki głupi okres, by nauczyć się szacunku dla druku.

piątek, 20 maja 2011

Książka pożerająca

Carlos Ruiz Zafon "Książę Mgły"
Opowiadanie Zafona jest faktycznie pożerające, książkę przeczytałam jednym tchem - i jak już dawno nie było - zasiedziałam się do późnej nocy.

 "Księciu Mgły" przylepiono etykietę, że jest to lektura dla młodzieży. Moim skromnym zdaniem nie jest(zbyt makabryczna). Nie jest niestety także dla dorosłych(straszący nas Książę jest zbyt nierealny). Pomimo tego, także ku swojemu zdziwieniu, uważam, że warto było ją przeczytać.

Zafon znów czaruje słowem i to czaruje niezwykle. Jako jeden z nielicznych autorów, może dla mnie pisać książki o nieprzekonywującej treści, bo nie to stanowi o wartości tych lektur.
Jego opowiadania warto czytać dla samej przyjemności obcowania z pięknymi zdaniami - tutaj wielki ukłon dla pary tłumaczy. Stopniowo budowaną atmosferą napięcia oraz cudownymi mini opisami misternie wykonanych przedmiotów, których aż chciałoby się dotknąć,Zafon jak dla mnie nadrabia niedostatki fabuły.
Zafon, to świetna lektura na lato. Warto jednak zabrać ze sobą nie jeden jego tytuł, bo po góra dwóch dniach nie będziemy mieli co czytać...

piątek, 13 maja 2011

Blogger.com już działa...

Od kilku dni witryna blogger.com miała spore problemy techniczne. Na ich stronie był komunikat, że blogi są "read-only", czyli dostępne są stare wpisy, nie było natomiast możliwości dodawania nowych.
Obecnie wszystko wróciło do normy... prawie - zniknęły komentarze pod postem o książkowej biżuterii (autorstwa Violet, Cassin oraz mój), przez krótką chwilę moje wpisy nie były podpisane nickiem insider, tylko moim prawdziwym imieniem (lekka modyfikacja ustawień profilu przywróciła stan pierwotny).

środa, 11 maja 2011

Znalezione w sieci: książkowa 'biżuteria'

Prawdziwa książkożerczyni biżuterii się nie boi




Znalezione na Twitterze
Zdjęcia  pochodzą ze stron (1) oraz  (2)

Rosja śmieszy, tumani, przestrasza...


Krystyna Kurczab-Redlich "Pandrioszka"


Kiedy trafiały do nas pierwsze książki z Zachodu duże wrażenie robiły na nas fragmenty recenzji na ich okładkach. W większości nazwisko recenzeta było nam obce, jednak to, że pracował on dla New York Timesa czy Le Figaro już samo przez się podnosiło rangę jego opinii. A my wiedzeni pozytywną recenzją (bo jakaż inna mogłaby znaleźć się na okładce!) kupowaliśy dany tytuł "w ciemno".


Dziś już nie robią na nas wrażenia umieszczane na książkach fragmenty wypowiedzi ludzi ze znanych dzienników, czy ludzi znanych, a przynamniej nie stanowią one głównego czynnika, którym kierujemy sie przy kupnie danego tytułu.


"Pandrioszka" Krystyny Kurczab-Redlich to lektura, którą okrasza aż jedenaście wyrywków opinii i nie tylko ich ilość, ale głównie to kto zabrał głos, robi wrażenie. A wśród nazwisk znajdziemy: Ryszarda Kapuścińskiego, Jerzego Giedrojcia, Czesława Miłosza, Bronisława Geremka i Jacka Kaczmarskiego.

Książka po raz pierwszy ukazała się w 2000 roku i opowiada o Rosji od końca lat 80. do roku 1999. Podzielona jest na trzy części, w których spotykamy kolejno zwykłych Rosjan, Rosjan, którzy popadli w konflikt z prawem oraz biorących udział w wojnie w Czeczenii. Wyłaniający się obraz jest piękny i straszny.

Autorka, pracująca w Rosji jako dziennikarski wolny strzelec, jest zakochana w tamtejszej kulturze, ludziach, języku. Nieraz nie może tylko znieść ich bierności. Tej od pokoleń wpajanej bezradności, którą kwitują wzruszeniem ramion i stwierdzeniem: У нас же Россия... [Przecież to Rosja...].
Czytałam "Pandrioszkę" z zapartym tchem, odkładając ją tylko pod pretekstem, iż jeśli przeczytam ją za szybko to też szybko i zapomnę. Jednak tej książki nie da się zapomnieć i póki co jest to moje odkrycie tego roku. Czas poszukać "Głową o mur Kremla"...

sobota, 7 maja 2011

Gry uliczne

Grzegorz Gortat "Słowik Moskiewski"

To jedna z tych książek, które albo odepchną Cię po pierwszych 10 stronach, albo pochłoną bez reszty. "Słowika" nie da się przeczytać obojętnie, żując gumę, oglądając w międzyczasie "Taniec z gwiazdami" czy inne gwiazdy na wrotkach. A podczas lektury albo będziecie się rechotać co kilka minut, albo będziecie klnąć i marudzić kto to wydał, kto to napisał.
Fabuła "Moskiewskiego Słowika" jest tylko pretekstem - ok, mamy głównego bohatera, polonusa z samych Stanów, o wdzięcznym nazwisku Al Niczyj, mamy intrygę kryminalną, mamy morderstwa (trzech czarnoskórych, zdekapitowanych Kubańczyków), są nagłe zwroty akcji... ale tak naprawdę można by intrygę znacząco zmienić, z Warszawy akcję przenieść do Kuala Lumpur, Cyrankiewicza zamienić na Helmuta Kohla... niewiele by to zmieniło.
Gdyż książka Gortata nie jest typową powieścią - fabuła jest tu tylko pretekstem, grą rozpoczętą z czytelnikiem. Kryminalna intryga jest w 100% nawiązaniem do klasycznego, chandlerowskiego kryminału; mamy więc prywatnego detektywa (nieco nieudolnego, gwoli ścisłości), władzę, femme fatale, pościgi i głupich stróżów prawa. Cała książka to zbiór popkulturowych klisz, scen z książek, filmów  (Casablanka!), pastisz kryminału, satyra na PRL-owską rzeczywistość (fragmenty manifestów/artykułów i przemówień aparatczyków - tu "Moskiewski Słowik" bardzo przypomina rewelacyjną "Wolną Trybunę" Christiana Skrzyposzka).
"Słowik" to zagadka postawiona przed czytelnikiem - wygrywa ten, kto zlokalizuje jak najwięcej ironicznych nawiązań, cytatów, scen z kultowych dzieł, humorystycznych niedomówień.
Kto podejmie wyzwanie?

Za książkę dziękuję Grupie Wydawniczej Publicat www.publicat.eu

środa, 4 maja 2011

The Smiths - Panic


dziś klasycznie - hang the DJ...

poniedziałek, 2 maja 2011

Twarda czy miękka?

Wszyscy wokół narzekają, że książki są drogie. Oj, panie, kto by cztyrdziśći złoty za ksionżke dał, albo i pindziesiąt!. Skompletowanie solidnego księgozbioru to z roku na rok coraz większe wyzwanie, zaś pogoń za nowościami może przyprawić nasz portfel o totalną zapaść.
A mimo to większość z nas kupuje pięknie wydane wydania w twardej oprawie.
Mimo, że często ten sam tytuł dostępny jest w wersji z miękką okładką - jakieś 10 PLN tańszą.
Kiedyś spotkałem się z opinią, że główną przyczyną popularności "twardych książek" jest fakt, że książką wciąż uważana jest za doskonały prezent na urodziny, imieniny, święta. A przecież paper booka w prezencie cioci Krysi nie kupimy. Zaś piękny album... oo, super pomysł, ciocia będzie zadowolona.
Uwielbiam tanie, kieszonkowe wydania. Dla mnie to szereg zalet zamkniętych w jednym woluminie - poręczny format, niewielka waga (co jest istotne jeśli czytamy, tak jak ja "w trasie"), niższa cena. A że, czasem, gorszy druk, gazetowy papier? Przeboleję - przecież i tak liczy się wnętrze, czyli treść.

Czasem, gdy korci mnie by kupić "wypasione" wydanie - robię sobie "test 50 złotych" - wyobrażam sobie, że mam tę kwotę i staję przed wyborem - jedna "ładna" książka, czy też może dwie brzydsze?
Zgadnijcie - co wybieram?

wtorek, 26 kwietnia 2011

Potęga rytuału

W "Polityce" 17(2804) znalazłem bardzo ciekawy artukuł Nocą pisze się zbyt łatwo - o natręctwach i rytuałach pisarzy.
Kto pisze 10 stron każdego dnia, a kto tylko 15 słów? Kto tworzy na stojąco, a kto leżąc na kanapie z drinkiem w dłoni? Kto pielęgnuje swe pisarskie rytuały, a kto rzuca się na żywioł?
Poniżej, na zachętę - kilka cytatów:

Marek Krajewski:
Pracuję zawsze od 5 rano przez pięć godzin z bardzo krótką przerwą na, jak to mawiano w polskim Lwowie, półśniadanie (kawa i mała kanapka). W czasie pracy unikam wszystkiego, co może mnie rozpraszać, nie słucham muzyki, nie otwieram Internetu, nie czytam gazet, nie odbieram telefonów, nie piję alkoholu.
Janusz Rudnicki:
Nigdy po alkoholu. (Dlatego w kraju piszę tak mało). Próbowałem, oczywiście, ale na drugi dzień czytałem toto z takim uczuciem żenady, że nie było innego wyjścia, musiałem zatopić je, to uczucie, alkoholem. Człowiek sobie myśli, że jest władcą kosmosu (...) A tu albo porozrzucane chaotyczne, poskręcane, drewniane wióry, albo jakiś gulasz, gotowany na zupełnie niestrawnej, bezbrzeżnej arogancji. Piłeś? Nie pisz!
Stefan Chwin:
 Każdy pisarz ma swoje pięć minut. Należy wierzyć, że mamy je jeszcze przed sobą.
Ignacy Karpowicz:
 Pisząc, muszę mieć przed oczyma coś jednolitego, żadnych obrazków, najlepsza jest pomalowana na jakiś kolor ściana