wtorek, 26 kwietnia 2011

Potęga rytuału

W "Polityce" 17(2804) znalazłem bardzo ciekawy artukuł Nocą pisze się zbyt łatwo - o natręctwach i rytuałach pisarzy.
Kto pisze 10 stron każdego dnia, a kto tylko 15 słów? Kto tworzy na stojąco, a kto leżąc na kanapie z drinkiem w dłoni? Kto pielęgnuje swe pisarskie rytuały, a kto rzuca się na żywioł?
Poniżej, na zachętę - kilka cytatów:

Marek Krajewski:
Pracuję zawsze od 5 rano przez pięć godzin z bardzo krótką przerwą na, jak to mawiano w polskim Lwowie, półśniadanie (kawa i mała kanapka). W czasie pracy unikam wszystkiego, co może mnie rozpraszać, nie słucham muzyki, nie otwieram Internetu, nie czytam gazet, nie odbieram telefonów, nie piję alkoholu.
Janusz Rudnicki:
Nigdy po alkoholu. (Dlatego w kraju piszę tak mało). Próbowałem, oczywiście, ale na drugi dzień czytałem toto z takim uczuciem żenady, że nie było innego wyjścia, musiałem zatopić je, to uczucie, alkoholem. Człowiek sobie myśli, że jest władcą kosmosu (...) A tu albo porozrzucane chaotyczne, poskręcane, drewniane wióry, albo jakiś gulasz, gotowany na zupełnie niestrawnej, bezbrzeżnej arogancji. Piłeś? Nie pisz!
Stefan Chwin:
 Każdy pisarz ma swoje pięć minut. Należy wierzyć, że mamy je jeszcze przed sobą.
Ignacy Karpowicz:
 Pisząc, muszę mieć przed oczyma coś jednolitego, żadnych obrazków, najlepsza jest pomalowana na jakiś kolor ściana
 

środa, 13 kwietnia 2011

Mijamy się nie widząc wzajem

Poranna godzina, w autobusie pierwsze egzemplarze homo laborans. Każdy z nich to jakaś historia, odcięta od innych słuchawkami, gazetą albo nieobecnym spojrzeniem w widok zza brudnej szyby.
Ot choćby ten wielki, łysy facet - czarne wypastowane glany, mocno używane czarne bojówki, duża, ciepła kurtka (oczywiście czarna). Ze skupioną miną wczytuje się w notatki nagryzmolone (czarnym) długopisem w szkolnym zeszycie. Zeszyt jest nieduży, 16-kartkowy. Z okładki uśmiecha się Hello Kitty. Różowa.
Młoda dziewczyna, ostentacyjnie modna, ostentacyjnie zadbana. Gdybym znał się na ubraniach to pewnie potrafiłbym docenić markę, jakość i cenę. W drobnej dłoni trzyma gazetę, w środku zdjęcia ludzi, których nie znam, o których nigdy nie słyszałem. Rozwody, miłości, rozstania i nowe diety. Dziewczyna przegląda gazetę niedbale, jakby znała już te wszystkie historie od dawna. W końcu odkłada ją na bok, sięga do torby; wyciąga książkę, na okładce nazwisko Gombrowicza. Czerwone tipsy zaczynają wertować strony.
Chłopak w nieokreślonym wieku. Ubrany w stylu urzędnik wyluzowany, nowy iphone w dłoni, zawzięcie stuka w ekran. Modna kurtka, jeansy; tylko buty, ze śladami zaschniętego błota psują nieco wizerunek. Chłopak chowa iphone'a do kieszeni. Parzy na buty, po chwili sięga po chusteczkę i zawzięcie zaczyna usuwać błoto.
Stary mężczyzna. Nie potrafię przypomnieć sobie jak był ubrany, chyba płaszcz... czy miał torbę? Walizkę? Nie pamiętam. Zapamiętałem tylko wielkiego, kosmatego, pluszowego misia. Starszy pan, z uśmiechem większym od swej pomarszczonej twarzy wiózł go na siedzeniu obok. Miś też się uśmiechał. Wyglądali jak starzy kumple w drodze na imprezę.

Mijamy się nie widząc wzajem
Czego innego wypatrując w dali  
Pidżama Porno - Antifa

poniedziałek, 4 kwietnia 2011

Doskonała i bardzo kiepska książka o Rosji




Andrzej Wróblewski "Podróż po Rosji"


Ta niewielka książeczka z serii Obieżyświat wydawnictwa Prószyński i S-ka, trafiła w moje ręce w czasie kolejnej wizyty w bibliotece.

Autor zebrał opowieści człowieka, ukrywającego się pod pseudonimem Marek Z., który zjadł zęby na mniejszych i większych interesach z rosyjskimi, a wcześniej radzieckimi, kontrahentami.

Książeczka zachwyca swoją anegdotyczną formą - historie opowiadane ze swadą i humorem, zachwycają od pierwszej do ostatniej strony. Bliski gatunkowo rosyjskiemu skazowi, tok swobodnej narracji, sprawia wrażenie, że te zabawne opowieści snuje nasz bliski kolega siedząc z nami przy wódce i marynowanych grzybkach.

Marek Z. jak mało kto poznał Rosjan i potrafił stworzyć ich sympatyczny obraz. Mimo, iż niejednokrotnie został oszukany, czy wręcz perfidnie oskubany przez Wschodnich Braci, to nie stracił do nich serca.

"Przejażdżkę po Rosji" polecam z czystym sumieniem, bo gdybym wystawiała oceny przeczytanym lekturom - ta dostałaby szóstkę!


Ken Kalfus "Rosyjskie fantazje"


To książka, którą dostałam w prezencie od Mamy. Bez okazji. Po prostu "bo to coś o Rosji", jak dobitnie sugeruje tytuł i okladka.

Czytałam Kalfusa przez kilka dni i to nie z braku wolnego czasu. Autor po pierwszych dwóch opowiadankach mnie do siebie zniechęcił, ale, że nie lubię zostawiać książek niedoczytanyc,a status książki jako prezentu trochę jednak zobowiązywał - w końcu ujrzałam ostatnią stronę.

Autor dzięki żonie trafił na cztery lata do Moskwy, ale odnoszę wrażenie, że niewiele z niej zrozumiał. Czytając "Rosyjskie fantazje" nie mogłam się oprzeć wizji turysty, który zrobił masę zdjęę i opowiada mi o egzotycznym kraju. Z tym małym zastrzeżeniem, że fotki opisał po swojemu: to jest taki ichni kościół z kolorowymi wieżyczkami, widać, że budując go wzorowali się na naszym Disnaylandzie.

Wulgarny seks, przemoc i szczypta obcej mowy nie czynią jeszcze z książki bestselleru...przynajmniej w moich oczach.

Rażąca jest również korekta (z litości pomińmy nazwisko korektora), jak i przekład...

Wszystko w tej książce kuleje.