piątek, 21 grudnia 2012

Zabawa w PRL bez morału i sensu

Izabela Meyza, Witold Szabłowski "Nasz mały PRL. Pół roku w M-3 z trwałą, wąsem i maluchem"

Sięgnęłam ostatnio po książkę, o której podobno było dość głośno. "Podobno", bo do mnie dotarły tylko jakieś okruchy wiadomości o małżeństwie dziennikarzy, którzy postanowili na pół roku przenieść się w peerelowskie realia. Odrzucili wszystko, co przyniósł kapitalizm i wynajętym mieszkaniu (specjalnie wyszukali m-3 z "epoki")zrobili rekonstrukcję życia: od umeblowania po stosunki społeczne. 

Lektura zapowiadała się co najmniej nieźle! Zwłaszcza teraz, na fali sentymanetalnego powrotu do PRLu, eksperyment wydawał się wart próby.

Jednak po tej książce został mi duży niedosyt i jestem nią zwyczajnie rozczarowana. Ci ludzie zadali sobie tyle trudu, a osiągnęli tak niewiele, a jeszcze mniej z tego wyciągnęli i zrozumieli. Jednocześnie bardzo zastanawiające jest dla mnie to, że choć oboje spędzili swoje dzieciństwo w latach 80., tak mało pamiętają z tamtych czasów! Ja też urodziłam się w PRLu, i choć świadomie załapałam się na jego końcówkę (szczęśliwie dla mnie), to moją pamięć wypełnia bardzo dużo wspomnień z tamtego czasu. Dobrych i gorszych.

Autorzy wszystko to odkrywali dla siebie na nowo, ale dla przeciętnego czytelnika - ich rówieśnika, to żadna rewelacja. Jeszcze bardziej zaskakujące niż peerelowskie "wynalazki", są ich odkrycia, że np. z dzieckiem można bawić się byle czym, z kartonu zrobić wagonik i powkładać tam pluszaki. I to taka nowość?

Czytając "Nasz mały PRL" ciągle się zastanawiałam na ile autorzy grali homo sovieticus, a na ile się nimi stali. On, który jak typowy mąż sprzed trzech dekad, nie pomaga żonie w domowych obowiązkach, tylko po przyjściu z pracy czyta gazetę i wychodzi z kolegami na wódkę - nawet, kiedy ona zachodzi w ciążę, nie wychodzi z tej peerelowskiej skóry. Dopiero, kiedy żona wybuchała płaczem, bo już sobie nie radzi z opieką nad dwuletnią córką, sprzątaniem, gotowaniem etc, współmałżonek "budzi się" i wychodzi poza ramy zabawy. Jednak też bez przesadnego zaangażowania.

Co mnie równie nieprzyjemnie nastawiło do "Nasz mały PRL...", to to, że autorzy często na kartach swojej publikacji bardzo krytycznie wypowiadają się na temat swoich bliższy i dalszych znajomych. Ci, którzy nie pojęli reguł gry - są gorsi, zapatrzeni w kapitalizm, straceni. Zastanawia mnie ilu z nich po tej lekturze miało jeszcze ochotę podtrzymywać kontakt z parą dziennikarzy.

Tak książka być może jest adresowana do młodszych, niż ja, czytelników. Jednak po jej przeczytaniu mam wrażenie, iż ktoś zrobił nieudaną szopkę, a chcąc ją usensownić - opublikował. Z półrocznego eksperymentu, który niewiele nauczył autorów, sam czytelnik też niewiele może wyciągnąć. 

Możecie się zastanawiać: dlaczego, więc doczytałam książkę do końca? Czekałam na jakieś podsumowanie tego, co autorzy wynieśli z PRLu. Zamknęło się to jednak w dwóch zdaniach: on - zapisał się do NSZZ "Solidarność" i oboje - zwracają mniejszą uwagę na bombardujące nas z mediów informacje. 

4 komentarze:

awiola pisze...

A miałam ostatnio kupić tę książkę. Dobrze, że jednak zrezygnowałam.

kasia.eire pisze...

przeczytam i porównam wrażenia, nadal jestem jej ciekawa, chociaż faktycznie dużo szumu i różne opinie jakoś przytępiają entuzjazm. Ale może to i lepiej, podejdę bardziej na zimno, normalnym okiem spojrzę na treść, bo mam tendencje to wybielania tamtego okresu, gdyż na niego przypada moje dziecinstwo i młodość wczesna

Violet pisze...

@awiola: masz rację - ja miałam pożyczoną:)Pozdrawiam!

@kasia.eire: to ja bardzo chętnie przeczytam Twoją recenzję i poznam Twoją opinię. Książkę czyta się łatwo, ale szkoda takiego zamachu na tak mierne wyniki. Pozdrawiam!

Marigolden pisze...

Wszystko, co słyszę o tej książce, nastawia mnie do niej negatywnie. A do autorów uprzedziłam się po reportażach w "Wyborczej" - infantylni. Ciekawe, czy ta klapa to rzeczywiście ich wina, czy po prostu jeszcze za wcześnie na dojrzałe i przemyślane "powroty do PRL".