Szymon Hołownia "Bóg. Życie i twórczość"
W tym miejscu miała się znaleźć recenzja książki Szymona Hołowni "Bóg. Życie i twórczość".
Jednakże ponieważ w świecie książkowych blogerów temat był wałkowany wielokrotnie, a mój skromny nick także razy parę pisarskie dokonania imć Szymona komentował, pozwolę sobie tylko zastosować autocytat:
Gdy zacząłem swą przygodę z Hołownią byłem zauroczony - wreszcie jest w naszym kraju ktoś, kto inteligentnie i dowcipnie potrafi pisać o religii; ktoś, kto krytykuje polską zaściankową i płytką religijność nie z pozycji wojującego ateusza, ale z pozycji człowieka wierzącego, wymagającego WIEDZY RELIGIJNEJ od siebie i od innych.
Z czasem mój entuzjazm nieco opadł - po ostatniej książce Hołowni - "Bóg. Życie i twórczość" - sam nie wiem, czy jego pisanie jeszcze mnie zachwyca, czy też 'popowe' wtręty i umizgi do masowej publiki mnie odrzucają.
Niewątpliwie Szymon Hołownia jest autorem, którego warto poznać, bez względu na własny światopogląd. Choćby dlatego, że w poruszanej przez siebie tematyce konkurencji, niestety, w Polsce nie ma.
W ten oto sposób wymigałem się od jasnej deklaracji, co sądzę o "Życiu i twórczości".
Autocytowany komentarz ukazał się pod wpisem Elenoir.
niedziela, 6 marca 2011
piątek, 4 marca 2011
poniedziałek, 28 lutego 2011
Telewizja
J. wchodzi do pokoju. Nieco zdezorientowany rozgląda się, na jego twarzy pojawia się wyraz skupienia.
- Yyy, stary... telewizor w drugim pokoju?
- Nie, nie mamy. Jakieś pięć lat, mniej więcej.
- Jak to nie macie... Wszyscy mają.
- My nie mamy.
- Ale... że jak... to znaczy... tego... nie stać cię? Kurde, wiesz, zero procent... da się załatwić.
- Nie, po prostu nie chcemy mieć. Nie znajduję w tiwi niczego ciekawego - u moich rodziców gra non stop, 40 programów, wybieraj - ale ja tam nie widzę niczego, co by przyciągnęło mnie na dłużej niż kilka minut. Szkoda czasu.
- Taaa... a Futurama? A House? A...
- Wszystko jest w necie. Po co mam sobie fundować kolejnego zabójcę czasu, skoro mam innego, z pełnym dostępem do potrzebnych treści. Takich, jak ja chcę, wtedy gdy chcę i bez reklam...
- Yyyy... ale wiesz, alienujesz się...
- Bo nie widziałem ostatniej reklamy pasty do zębów, czy dlatego, że nie wiem kto can dance?
- Nie, no - banalny się robisz. Telewizja to nie tylko reklamy - jest taki Teatr Telewizji, na przykład...
- Teatr... oglądasz?
- Yyy...
- Yyy, stary... telewizor w drugim pokoju?
- Nie, nie mamy. Jakieś pięć lat, mniej więcej.
- Jak to nie macie... Wszyscy mają.
- My nie mamy.
- Ale... że jak... to znaczy... tego... nie stać cię? Kurde, wiesz, zero procent... da się załatwić.
- Nie, po prostu nie chcemy mieć. Nie znajduję w tiwi niczego ciekawego - u moich rodziców gra non stop, 40 programów, wybieraj - ale ja tam nie widzę niczego, co by przyciągnęło mnie na dłużej niż kilka minut. Szkoda czasu.
- Taaa... a Futurama? A House? A...
- Wszystko jest w necie. Po co mam sobie fundować kolejnego zabójcę czasu, skoro mam innego, z pełnym dostępem do potrzebnych treści. Takich, jak ja chcę, wtedy gdy chcę i bez reklam...
- Yyyy... ale wiesz, alienujesz się...
- Bo nie widziałem ostatniej reklamy pasty do zębów, czy dlatego, że nie wiem kto can dance?
- Nie, no - banalny się robisz. Telewizja to nie tylko reklamy - jest taki Teatr Telewizji, na przykład...
- Teatr... oglądasz?
- Yyy...
niedziela, 27 lutego 2011
Bezludna wyspa
Pytanie, które pojawia się w co drugim wywiadzie tv - jaką książkę zabrałabyś/zabrałbyś na bezludną wyspę?
Bohaterki amerykańskich filmideł najczęściej wybierają (pierwszą z brzegu?) Jane Austen, polscy celebryci zazwyczaj wstydliwie ujawniają swą wielką miłość do Trylogii albo Pana Tadeusza, a przeciętny zapytany znajomy mruczy hm, Tolkien chyba... albo coś z Pratcheta, bo ja wiem...
To pytanie jest dla mnie problematyczne z dwóch powodów:
1. Mój kanon ulubionych książek dynamicznie się zmienia - powieść, która była odkryciem 20.. roku, teraz jest tylko wstydliwym punktem na półce, ostatnio przeczytany Le Carre zdeklasował rywali, by po chwili polec w starciu z Cory Doctorowem... inaczej pisząc, nie mam książki NAJ, mam książki, które bardzo lubię, lubiłem, cenię, do których wracam (czasem z częstotliwością zahaczającą o patologię - Mankell, Larsson) - jest ich zbyt dużo, są zbyt różne i zbyt ważne dla mnie, bym potrafił z ich grona wybrać jedną.
2. Nie potrafię się pozbyć myśli, że na bezludnej wyspie żadna z książek Philipa K. Dicka, Hołowni, Pilipiuka (ani nawet Mickiewicza, Sołżenicyna itp) na nic mi się nie przyda. Tam bardziej na miejscu były raczej jakiś amerykański poradnik nawiedzonego surwiwalisty albo Zrób to sam Słodowego; może pozwoliłyby mi przetrwać do poranka.
Bohaterki amerykańskich filmideł najczęściej wybierają (pierwszą z brzegu?) Jane Austen, polscy celebryci zazwyczaj wstydliwie ujawniają swą wielką miłość do Trylogii albo Pana Tadeusza, a przeciętny zapytany znajomy mruczy hm, Tolkien chyba... albo coś z Pratcheta, bo ja wiem...
To pytanie jest dla mnie problematyczne z dwóch powodów:
1. Mój kanon ulubionych książek dynamicznie się zmienia - powieść, która była odkryciem 20.. roku, teraz jest tylko wstydliwym punktem na półce, ostatnio przeczytany Le Carre zdeklasował rywali, by po chwili polec w starciu z Cory Doctorowem... inaczej pisząc, nie mam książki NAJ, mam książki, które bardzo lubię, lubiłem, cenię, do których wracam (czasem z częstotliwością zahaczającą o patologię - Mankell, Larsson) - jest ich zbyt dużo, są zbyt różne i zbyt ważne dla mnie, bym potrafił z ich grona wybrać jedną.
2. Nie potrafię się pozbyć myśli, że na bezludnej wyspie żadna z książek Philipa K. Dicka, Hołowni, Pilipiuka (ani nawet Mickiewicza, Sołżenicyna itp) na nic mi się nie przyda. Tam bardziej na miejscu były raczej jakiś amerykański poradnik nawiedzonego surwiwalisty albo Zrób to sam Słodowego; może pozwoliłyby mi przetrwać do poranka.
poniedziałek, 21 lutego 2011
Hammond
Ku pamięci starego winyla (z inną okładką niż tu widoczna) - bezlitośnie i bezpowrotnie zniszczonego przez ciekawego świata brzdąca.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
