sobota, 24 lipca 2010

Basquiat - cytat

"-Twój ojciec pochodził z Haiti, czyż nie?

-Tak

-Hmm. Interesujące. Kiedy dorastałeś, czy w twoim domu wisieli jacyś prymitywiści?

-Co masz na myśli? Haitańczycy?

-Tak

-My nie wieszamy ludzi w domach, tylko na ulicy"

Lech Majewski "Basquiat. Nowojorska opowieść filmowa" s.76

czwartek, 15 lipca 2010

Wizje upadku


Władimir Sorokin "Dzień oprycznika"
W niedawnej recenzji książki Sorokina "Lód" stwierdziłem, że jeszcze wrócę do tego autora.
Cóż, słowo się rzekło - tym razem los wskazał na stojącą na bibliotecznej półce książkę "Dzień oprycznika".
Jest to mocno schizofreniczna (jak to u Sorokina) wizja Rosji roku 2027. Kraj oddzielony jest od zagranicy wielkim murem, na ulicach płoną nieprawomyślne książki, wymierza się karę chłosty, a wrogów absolutnego Monarchy ściga Oprycznina - tajna, bezlitosna policja, której symbolem jest ucięta głowa psa i miotła.
Przedstawiona przez Sorokina historia jest przerażająca. To świat pełen wynaturzeń, podłości skrywającej się za szczytnymi hasłami, instrumentalnie wykorzystywanej religijności. Świat, w którym przemoc i nihilizm osiągnęły swoje apogeum.
Niestety, mimo że sama wizja przyszłości Rosji wciąga i przeraża czytelnika, to literacko ta książka nie broni się do końca. Dzień z życia oprycznika jest chaotyczny, absurdalny i poza pokazaniem "strasznego zamysłu" autora i żonglerką seksem i gwałtem nie wnosi zbyt wiele nowego.

wtorek, 13 lipca 2010

Monopolista


Szymon Hołownia "Monopol na zbawienie"

Lubię i cenię książki Szymona Hołowni. Jest on rzadkim (by nie powiedzieć - unikalnym) przykładem osoby o religii piszącej lekko, lecz inteligentnie, z szacunkiem dla różnych postaw, bez przerysowań, agresji i zacietrzewienia. 

Kilka dni temu w moje dłonie wpadła kolejna książka tego autora - "Monopol na zbawienie". Co prawda "rozrywkowa" otoczka (książka zawiera w sobie grę, wzorowaną na popularnym "Monopolu") nieco mnie odstraszała, ale... przecież Hołownia to marka sama w sobie, nie ma co wybrzydzać.

Jaki jest "Monopol na zbawienie"?

Trudno mi wydać jednoznaczny werdykt. Z jednej strony Hołownia powiela pomysły, a czasem wręcz całe przykłady-anegdoty ze swoich poprzednich książek, zwłaszcza z "Kościoła dla średniozaawansowanych". "Monopol" nie wnosi do twórczości tegoż autora zbyt wiele, jest po prostu kolejną niezłą książką o tematyce około-religijnej.

Z drugiej strony - takich książek w Polsce jest tak mało, że należy się cieszyć z każdego akapitu. Dyskusje religijne w naszym kraju zazwyczaj są polane sosem agresywno-moralizatorskim; na tym tle książki Hołowni wyglądają niczym ostoja spokoju, humoru i wyrozumiałości.

Czytając "Monopol" kilkakrotnie zadałem sobie pytanie, czy ta książka nie byłaby lepsza, gdyby odjąć jej 1/3 zawartości. Może wtedy byłaby bardziej spójna, mniej powtarzalna?


wtorek, 29 czerwca 2010

Zimni blondyni


Władimir Sorokin "Lód"
Do tej pory nie czytałem żadnej powieści Sorokina - mój jedyny kontakt z jego twórczością to scenariusz do filmu "Moskwa" wydrukowany kilka lat temu w "Literaturze na świecie"
Sama fabuła "lodu" nie jest zbyt odkrywcza - wśród nas żyje tajemnicza grupa "przebudzonych" - niebieskookich blondynów, poszukujących wśród zwykłych ludzi swoich pobratymców. Poszukiwania są brutalne; polegają na uderzeniu lodowym młotem w pierś i skutkują albo "przebudzeniem" kandydata albo jego śmiercią.
Poznajemy kilku kandydatów, mocno przerażonych tym, co się wokół nim dzieje. Zanim zrozumieją, co się stało i kim naprawdę są będą rozpaczliwie miotać się w poszukiwaniu ratunku.
Ale nie fabuła jest największą wartością tej książki. Sorokin wyśmienicie bawi się językiem - praktycznie każdy bohater książki mówi inaczej, używa innych słów, innej składni.
Lektura "Lodu" to wycieczka po zawiłościach ludzkiej mowy, dodam, że wycieczka pełna naturalizmów, wulgaryzmów i dosadności. Cóż, tak się teraz mówi.
"Lód" nie powala na kolana. Ale jest napisany sprawnie i na tyle interesujący, że pewnie do twórczości Sorokina jeszcze wrócę.

czwartek, 10 czerwca 2010

Ignorant

Ile razy w swoim życiu słyszeliście zdanie typu "nie wyobrażam sobie, żeby inteligentny (normalny/oczytany) człowiek nie przeczytał ..." i tu wstawcie tytuł jakiejść klasycznej książki, najczęsciej z repertuaru patriotycznego albo "klasycznego".
Przyznaję bez wstydu, że mimo mej miłości do książek nie przeczytałem wielu "kanonicznych" pozycji. Nigdy nie ukończyłem "Ulissesa", przebrnąłem przez tylko 1 tom "W poszukiwaniu straconego czasu", obca jest mi twórczość Sienkiewicza, Reymonta i spora część Żeromskiego, Dumasa, Josepha Conrada...
Co gorsza, nie mam nawet zamiaru w panice i z rumieńcem wstydu rzucać się do nadrabiania zaległości. Jakoś znoszę pełne potępienia spojrzenia inteligentnych ludzi i obnoszę się z literacką abnegacją.
Po prostu - chcę by czytanie sprawiało mi przyjemność i dlatego wybieram sobie lektury IMO dobre i zajmujące. Pozycje obowiązkowe omijam.
Możecie mnie wykląć.