czwartek, 30 grudnia 2010
Cnota zwięzłości - cytat
Ryszard Marek Groński, "Patrzę na twoją biografię", Polityka 1/2 (2789)
czwartek, 23 grudnia 2010
niedziela, 12 grudnia 2010
Cierpienia "młodego" e-czytelnika
Temat ostatnio powrócił przy okazji mojego kolejnego spotkania z e-bookami.
Ale zacznijmy od początku:
Paweł Wimmer, znany bloger, dziennikarz, autor popularnego kursu html-a opublikował w Virtualo.pl e-książkę "Napisz pracę dyplomową w Microsoft Word 2007".
Sama publikacja jest naprawdę godna polecenia. Napisana przystępnym językiem, dosłownie za rękę prowadzi czytelnika po zawiłościach robienia indeksów, spisów treści, odsyłaczny, bibliografii itp. Dodatkowym plusem jest bardzo przystępna cena - 6,80 PLN.
Jeśli więc przed Wami napisanie pracy licencjackiej, magisterskiej bądź "fachowego tekstu" - kupcie.
Niestety Virtualo traktuje mnie, i każdego innego legalnego nabywcę książki jak oszusta, który tylko marzy o wrzuceniu tekstu na torrenty.
Książka "skażona" jest DRM-em - zabezpieczeniem tyleż nieskutecznym, co utrudniającym normalne korzystanie z zakupionego towaru:
- do odczytania pliku musimy zainstalować specjalny program ze strony Adobe. Niestety, działa on tylko pod Windowsem; użytkownicy innych systemów, np. linuksów (do których się zaliczam) muszą się gimnastykować.
- DRM ogranicza liczbę urządzeń na które możemy skopiować publikację - to mniej więcej tak, jakby wydawca papierowej książki mówił nam: ok,możesz ją czytać przy biurku... co?!... w sypialni też chcesz?... ech, no dobra, niech ci będzie...w autobusie??!! o nie, nie ma mowy, ZABRANIAM!
- nie można z e-booka nic wydrukować. Chciałbym np wydrukować sobie rozdział, by poczytać sobie w drodze do/z pracy, ale legalnie tego nie zrobię. Czytnika e-booków nie posiadam, ani nie planuję zakupić.
- no właśnie - czytniki. Na chwilę obecną brak jednolitego standardu. Książki z Amazona "chodzą" na Kindle'u, ale nie na empikowym Oyo i na odwrót. Ich właściciele też skazani są na gimnastykę i kombinowanie.
Powyższa lista skarg i zażaleń wynika głównie z faktu, iż kupuję towar z którego nie w pełni mogę korzystać.
Papierową książkę mogę sobie czytać gdzie chcę, mogę ją komuś pożyczyć albo odsprzedać. W przypadku e-booków jestem tych możliwości pozbawiony.
Rzecz dotyczy nie tylko e-książek.
Jakiś czas temu kupiłem kilka piosenek w jednym z internetowych sklepów. Potem zmarnowałem dwie (!) godziny, aby "zmusić" te pliki do prawidłowej współpracy z moją wieżą i odtwarzaczem mp3.
W takich momentach czuję się jak frajer. Gdybym po prostu spiracił daną książkę/muzykę (nota bene: ilość pirackich e-booków dobitnie dowodzi nieskuteczności stosowanych zabezpieczeń) nikt by mi nie narzucał, w jaki sposób mam ich używać.
Ale na razie się nie poddaję - dalej staram się być legalny.
Dlaczego?
Może dlatego, że liczę na kolejne e-książki Pawła Wimmera?
P.S Inni też walczą z DRM: http://wariat.jogger.pl/2010/10/22/oswajamy-drmoze/
http://mmazur.7thguard.net/2010/10/21/kindle-i-obchodzenie-zabezpieczen-babci-jagodki/
wtorek, 7 grudnia 2010
czwartek, 25 listopada 2010
"Lady" Caro Emerald - Bad Romance (Live Ska Lady Gaga Cover)
sobota, 13 listopada 2010
"Lodołamacz" - historia przerażająca faktem

To czwarta z kolei książka Suworowa, po którą, ku zaskoczeniu niektórych, sięgnęłam. Tym razem pokusiłam się o czytanie w oryginale - "Liedokoł" przyszedł w paczce, na którą ostatnio tak czekałam.
Wtórność w sosie własnym
O tym, że twórczość Marka Krajewskiego mnie nie zachwyca już pisałem.
Uważam, że jest to autor przereklamowany, intrygi kryminalne są niezbyt oryginalne zaś postacie narysowane zbyt grubą kreską.
Najnowsza powieść Krajewskiego - "Erynie" - wszystkie te grzechy powiela. Można nawet dorzucić jeszcze jeden zarzut - wtórność.
Co prawda tym razem akcja nie rozgrywa się we Wrocławiu a Lwowie, zaś główny bohater nie nazywa się Mock tylko Popławski, ale to tylko zasłona mająca przykryć autoplagiat. Klimat miasta, zamiłowani w rozpuście policjanci, poczucie upadku, potworna zbrodnia... to już było.
I, znając rzemieślniczą sprawność Krajewskiego - jeszcze nie raz będzie.
P.S. Tym razem reprodukcji okładki nie będzie. Ohydztwo, które zaprezentował nam wydawca według mnie nie powinno być pokazywane publicznie.
piątek, 29 października 2010
Czarna Msza

sobota, 23 października 2010
Straszny dwór
poniedziałek, 18 października 2010
"Polityka" - dźwięk kontra druk
Niedawno postanowiłem przetestować 'słuchalną' wersję tygodnika "Polityka". Na stronie audioteki zakupiłem najnowsze wydanie, w osiedlowym sklepiku (jak co tydzień) kupiłem wersję papierową... i zabrałem się do porównywania.
- Cena: pełne wydanie papierowe kosztuje 5 pln. Wydanie audio: o złotówkę mniej. Niestety, wersja do słuchania nie zawiera wszystkich artykułów z wydania tradycyjnego, a jedynie te 'najlepsze' (w opinii redakcji). Szkoda, że nie zamieszczono chociażby audio-wersji felietonów Stommy, Passenta, Tyma, które przecież cieszą się dużą popularnością wśród czytelników "Polityki"
- Treść: teksty publicystyczne to nie to samo co proza. O ile w przypadku powieści dobry lektor dodaje uroku czytanemu tekstowi, to w przypadku artykułów o polityce, gospodarce, demografii itp. zdecydowanie łatwiej się skupić na druku. Złapałem się na tym, że czytając tekst z wydania papierowego trafiałem na akapity, które zupełnie mi umknęły gdy ten sam tekst poznawałem w wersji audio. Sprawa dodatkowo się komplikuje przy wywiadach - podczas słuchania czasem po prostu trudno się zorientować, która ze stron wypowiada daną kwestię.
- Czas: po pierwsze - wersja audio ukazuje się wcześniej (już we wtorek wieczorem, podczas gdy papierową możemy kupić dopiero w środę). Audio-politykę możemy pochłaniać podczas surfowania po blogu, spaceru, prasowania... co pozwala nam zaoszczędzić czas, ale powiększa problemy z przyswajalnością tekstu, o czym pisałem powyżej. Z drugiej strony - sądzę, że przeciętny człowiek jest w stanie szybciej przeczytać tygodnik, niż go wysłuchać.
- Podsumowanie - zostanę przy wersji papierowej. Z sentymentu do wydania papierowego, z chęci obcowania z pełną treścią... i dla rysunków Sawki i Mleczki. Sądzę jednak, że audiopolityka może być ciekawą propozycją dla osób niedowidzących, stojących w samochodowych korkach... i miłośników rynkowych nowinek.
sobota, 16 października 2010
2586 pomysłów na powieść

Andrzej Pilipiuk "2586 kroków"
Kolejny zbiór opowiadań Wielkiego Grafomana, Mistrza Literatury Lekkiej i Łatwej, Seryjnego Wypluwacza Zdań, czyli Andrzeja Pilipiuka.
W "Krokach" nie spotkamy wiecznie pijanego egzorcysty Jakuba Wędrowycza.
A kogo spotkamy? Wampiry, wilkołaki, terroryści, komandosi, zwichrowani naukowcy, tajne służby... wszyscy oni z wdziękiem poruszają się w strefach alternatywnych wersji historii i światów nie-do-końca-naszych.
"2586 kroków" to doskonałe teksty na weekendowe popołudnie.
Książka dla chcących odsapnąć od powagi codzienności. Pełna humoru, inteligenta, miejscami kiczowata, ale zawsze interesująca.
środa, 13 października 2010
piątek, 8 października 2010
W oczekiwaniu...

czwartek, 7 października 2010
NARESZCIE!
I nawet nie chodzi mi o samą postać Vargasa Llosy - ale o to, że w końcu Nagrodę dostał twórca rozpoznawany przez ogół czytelników, czytany przez tłumy, znany, komentowany.
Czyżby nadszedł kres nagradzania egzotycznych poetów znanych tylko garstce yntelektualystów i językoznawców?
Czyżby Nobel znów miał trafiać w ręcę pisarzy poruszających masy?
Marzenia...
sobota, 2 października 2010
czwartek, 30 września 2010
Balkan Balagan
Jaka nazwa taka i muzyka.
Klezmerska, z nutką bałkańskiego szaleństwa.
Znaleziona oczywiście na Jamendo
Miłego słuchania:
wtorek, 28 września 2010
Szanowny złodzieju
Tak mniej więcej można streścić podejście różnych firm do nas - dopóki nie jesteśmy ich klientami to o nas zabiegają, głaszczą i wodzą na pokuszenie. Z chwilą złożenia swego podpisu na cyrografie, przepraszam - umowie, zostajemy ustawieni w szeregu zgodnie z jakimś tajemniczym numerem i dostajemy do odegrania rolę szarego tłumu.
Żeby było jasne, nie domagam się podkreślania mej wyjątkowości na każdym kroku - wiem, że jestem tylko puzzlem.
Ale do szału doprowadza mnie comiesięczny sms od mojego operatora telefonicznego, który da się streścić jako zapłać teraz, bo naliczymy odsetki karne i wstąpimy na drogę sądową. Nigdy, a jestem ich klientem z 5 lat, nie spóźniłem się nawet o dzień, zawsze grzecznie i pokornie odprowadzałem haracz. Ale ostrzec mnie, na wypadek gdybym zechciał być niegrzeczny nie zaszkodzi, prawda?
Internetowy serwis aukcyjny, na którym wystawiam od kilku lat zbędne drobiazgi zablokował jedną z licytacji. Powód? Rzekomo sprzedawane przeze mnie płyty były 'nieoryginalne' - na jakiej podstawie to stwierdzili? Intuicja, zdolność podprogowego odczytywania informacji, donos samego Toma Waitsa, że mi tego albumu nie sprzedał? Nie wiem i pewnie się nie dowiem. Wraz z kilkoma licytującymi zostałem na lodzie. A do tego poczułem się, jakby ktoś mi napluł do kieszeni. Może to nieszkodliwe, ale z pewnością mało przyjemne.
Ścieżka, którą podążają korporacje to w istocie droga ku przepaści. Jeszcze chwila, a wykonają wielki krok naprzód - klienci traktowani jak złodzieje i oszuści pokornie przyjmą tę rolę i zaczną kantować.
piątek, 24 września 2010
poniedziałek, 6 września 2010
Kolekcja książek, kolekcja puszek (cytat)
Dom o wyższym kapitale kulturowym najłatwiej rozpoznać po tym, że kolekcja książek jest większa od kolekcji puszek po piwie.
link: Wikicytaty
Źródło: Adam Leszczyński, Studia to nie towar, Gazeta Wyborcza, 13 lutego 2008
niedziela, 5 września 2010
Typy czytelników
Od lat obserwuję różne rodzaje osób czytających; badam je pod szkłem powiększającym, wybrane jednostki poddaję testom laboratoryjnym, sprawdzam pod mikroskopem...
I oto nadszedł czas by podsumować wyniki badań i zaprezentować światu, jakie są najpowszechniej występujące rodzaje czytelników.
- Beściarze - czytują tylko i wyłącznie bestsellery. Najlepiej piękne wydania, w twardej oprawie i twarzą filmowego gwiazdora na okładce. Wszak wszystkim wiadomo, że sztuka musi być piękna.
- Językowcy - wyznają zasadę, że każdy przekład to zbrodnia, dlatego czytają tylko w językach oryginałów. Wśród językowców istnieje wewnętrzna gradacja - im rzadszy język tym lepiej. Na samym dole drabiny są czytający w plebejskim angielskim, zaś na szczycie Ci, którzy opanowali języki azjatyckie i suahili.
- Gatunkowcy - obracają się tylko w kręgu danego gatunku. W znajomości jego prawideł, bohaterów i twórców osiągają mistrzostwo, w innych gatunkach są totalnymi ignorantami. Przykładowo miłośnicy kryminałów nie mają pojęcia o istnieniu Harry'ego Pottera, ale znają na wylot płytotekę Wallandera.
- Elitarni - tylko książki z górnej półki, czasem tak wysokiej, że już tylko oni tam sięgają. Im mniej zrozumiale i mniej popularnie tym lepiej. Ich ideałem jest trylogia o obieraniu ziemniaka albo poetycki traktat o wypisanym długopisie.
- Pożeracze - czytają wszystko, od etykiet na butelkach z colą, poprzez powieści, na stopkach redakcyjnych skończywszy. Czytanie jest dla nich czynnością niemal fizjologiczną. Świat nie nadąża z produkcją tekstów, wskutek czego pożeracze są w stanie permanentnego niedosytu.
- Zbieracze - czytanie jest dla nich sprawą drugorzędną. Istotne jest posiadanie jak największej ilości książek, a następnie porównywanie się z innymi zbieraczami. Ich mieszkania składają się z wąskich i krętych tuneli ułożonych z tysięcy tomów. Marzenie każdego zbieracza to zagubić się w tym labiryncie i nigdy nie wrócić do świata zewnętrznego.
środa, 1 września 2010
Kolejny cytat
"Jeżeli zabałaganione biurko jest znakiem zabałaganionego umysłu, znakiem czego jest puste biurko?"
źródło: WikiCytaty
wtorek, 31 sierpnia 2010
Bestsellery
"Trzej muszkieterowie", "Krzyżacy", "Wyspa skarbów"
To wtedy były czytadła dla pensjonarek.
Dzisiaj nazywamy je klasyką.
Zastanawiam się, co z dzisiejszej literatury popularnej będzie rozpoznawalne przez następne pokolenia,
Patrzę na listę bestsellerów... kandydatów brak.
Znalezione w sieci
"kiedy dzieci ustalają między sobą hierarchię — kto ładniejszy, kto bogatszy, kto najlepszy w sporcie — dzieciom inteligencji rodzice mówią, że są ponad to"
środa, 25 sierpnia 2010
poniedziałek, 23 sierpnia 2010
Kto czyta ten frajer - i inne smutne refleksje
Polecam lekturę wywiadu z Beatą Stasińską, współzałożycielką wydawnictwa W.A.B.
http://wyborcza.pl/1,75475,8277084,Kto_czyta__ten_frajer.html?as=1&startsz=x
sobota, 21 sierpnia 2010
Katalog
Tak więc masz sporo książek. Prawie dziesięć. To już na półce wygląda poważnie. Jesteś poważny, więc robisz sobie listę tych książek - bo poważni ludzie na filmach mają takie listy. Gdy na urodziny dostajesz od Dziadka nowego Karola Maya - jesteś szczęśliwy, bo możesz dopisać go do swej "ewidencji".
Po jakimś czasie ta pojedyncza kartka przestaje ci wystarczać. Wszystkie dane przepisujesz do Zeszytu, takiego grubego, ze sztywną okładką. Przy okazji dopisujesz dodatkowe dane - obok autora i tytułu zaznaczasz jeszcze gatunek, datę wydania, ilość stron.
Całość wygląda poważnie, naprawdę poważnie.
Czujesz się jak ten pan, co to w telewizji miał taką dużą bibliotekę i rozbudowany katalog.
Mija trochę czasu i zeszyt ukazuje ci swe braki. "Tomki" przestają się mieścić w swej części i wychodzą poza swą literę. Wkrada się mały zamęt w twój uporządkowany świat.
Przez jakiś czas jeszcze się bawisz w papierową ewidencję, ale potem zniechęcony to rzucasz.
Przez moment próbujesz ratować katalog przy pomocy papierowych fiszek. Gdy ginie ci czwarta z kolei, rezygnujesz.
Twoje książki przez kilka lat są niespisane. Strach pomyśleć, co by się stało, gdyby nadszedł jakiś wielki kataklizm. Potomni nie byliby w stanie ustalić tytułów, które miałeś. Straszne.
Pewnego dnia, gdy twe książki nie mieszczą się na jednym regale (i walczysz z IKEĄ by zdobyć drugi, mniej więcej taki sam) postanawiasz znowu zapanować nad swym katalogiem. Pomny doświadczeń z przeszłości rezygnujesz z wersji papierowej. Jako człowiek nowoczesny zakładasz sobie "specjalną bazę danych" w swym komputerze. Przez pół weekendu wklepujesz autorów i tytuły. Przez drugie pół poprawiasz literówki.
Potem, jako osoba przezorna, tworzysz kopię zapasową, na wypadek awarii komputera. Umieszczasz ją w bezpiecznym miejscu (w razie, gdyby nadszedł kataklizm...). Chyba dopilnowałeś wszystkiego.
Jesteś zadowolony. Masz ewidencję, bez wad, nowoczesną.
Mija znowu trochę czasu. W pewien sobotni poranek orientujesz się, że od dłuższego czasu nie uzupełniałeś katalogu. A przecież trochę nowych książek doszło. Przez pół weekendu...
Ale grunt to porządek!
niedziela, 25 lipca 2010
Czarny Petersburg


sobota, 24 lipca 2010
Basquiat - cytat
"-Twój ojciec pochodził z Haiti, czyż nie?
-Tak
-Hmm. Interesujące. Kiedy dorastałeś, czy w twoim domu wisieli jacyś prymitywiści?
-Co masz na myśli? Haitańczycy?
-Tak
-My nie wieszamy ludzi w domach, tylko na ulicy"
Lech Majewski "Basquiat. Nowojorska opowieść filmowa" s.76
czwartek, 15 lipca 2010
Wizje upadku

Władimir Sorokin "Dzień oprycznika"
W niedawnej recenzji książki Sorokina "Lód" stwierdziłem, że jeszcze wrócę do tego autora.
Cóż, słowo się rzekło - tym razem los wskazał na stojącą na bibliotecznej półce książkę "Dzień oprycznika".
Jest to mocno schizofreniczna (jak to u Sorokina) wizja Rosji roku 2027. Kraj oddzielony jest od zagranicy wielkim murem, na ulicach płoną nieprawomyślne książki, wymierza się karę chłosty, a wrogów absolutnego Monarchy ściga Oprycznina - tajna, bezlitosna policja, której symbolem jest ucięta głowa psa i miotła.
Przedstawiona przez Sorokina historia jest przerażająca. To świat pełen wynaturzeń, podłości skrywającej się za szczytnymi hasłami, instrumentalnie wykorzystywanej religijności. Świat, w którym przemoc i nihilizm osiągnęły swoje apogeum.
Niestety, mimo że sama wizja przyszłości Rosji wciąga i przeraża czytelnika, to literacko ta książka nie broni się do końca. Dzień z życia oprycznika jest chaotyczny, absurdalny i poza pokazaniem "strasznego zamysłu" autora i żonglerką seksem i gwałtem nie wnosi zbyt wiele nowego.
wtorek, 13 lipca 2010
Monopolista

Szymon Hołownia "Monopol na zbawienie"
Lubię i cenię książki Szymona Hołowni. Jest on rzadkim (by nie powiedzieć - unikalnym) przykładem osoby o religii piszącej lekko, lecz inteligentnie, z szacunkiem dla różnych postaw, bez przerysowań, agresji i zacietrzewienia.
Kilka dni temu w moje dłonie wpadła kolejna książka tego autora - "Monopol na zbawienie". Co prawda "rozrywkowa" otoczka (książka zawiera w sobie grę, wzorowaną na popularnym "Monopolu") nieco mnie odstraszała, ale... przecież Hołownia to marka sama w sobie, nie ma co wybrzydzać.
Jaki jest "Monopol na zbawienie"?
Trudno mi wydać jednoznaczny werdykt. Z jednej strony Hołownia powiela pomysły, a czasem wręcz całe przykłady-anegdoty ze swoich poprzednich książek, zwłaszcza z "Kościoła dla średniozaawansowanych". "Monopol" nie wnosi do twórczości tegoż autora zbyt wiele, jest po prostu kolejną niezłą książką o tematyce około-religijnej.
Z drugiej strony - takich książek w Polsce jest tak mało, że należy się cieszyć z każdego akapitu. Dyskusje religijne w naszym kraju zazwyczaj są polane sosem agresywno-moralizatorskim; na tym tle książki Hołowni wyglądają niczym ostoja spokoju, humoru i wyrozumiałości.
Czytając "Monopol" kilkakrotnie zadałem sobie pytanie, czy ta książka nie byłaby lepsza, gdyby odjąć jej 1/3 zawartości. Może wtedy byłaby bardziej spójna, mniej powtarzalna?
wtorek, 29 czerwca 2010
Zimni blondyni

Do tej pory nie czytałem żadnej powieści Sorokina - mój jedyny kontakt z jego twórczością to scenariusz do filmu "Moskwa" wydrukowany kilka lat temu w "Literaturze na świecie"
Sama fabuła "lodu" nie jest zbyt odkrywcza - wśród nas żyje tajemnicza grupa "przebudzonych" - niebieskookich blondynów, poszukujących wśród zwykłych ludzi swoich pobratymców. Poszukiwania są brutalne; polegają na uderzeniu lodowym młotem w pierś i skutkują albo "przebudzeniem" kandydata albo jego śmiercią.
Poznajemy kilku kandydatów, mocno przerażonych tym, co się wokół nim dzieje. Zanim zrozumieją, co się stało i kim naprawdę są będą rozpaczliwie miotać się w poszukiwaniu ratunku.
Ale nie fabuła jest największą wartością tej książki. Sorokin wyśmienicie bawi się językiem - praktycznie każdy bohater książki mówi inaczej, używa innych słów, innej składni.
Lektura "Lodu" to wycieczka po zawiłościach ludzkiej mowy, dodam, że wycieczka pełna naturalizmów, wulgaryzmów i dosadności. Cóż, tak się teraz mówi.
"Lód" nie powala na kolana. Ale jest napisany sprawnie i na tyle interesujący, że pewnie do twórczości Sorokina jeszcze wrócę.
czwartek, 10 czerwca 2010
Ignorant
Przyznaję bez wstydu, że mimo mej miłości do książek nie przeczytałem wielu "kanonicznych" pozycji. Nigdy nie ukończyłem "Ulissesa", przebrnąłem przez tylko 1 tom "W poszukiwaniu straconego czasu", obca jest mi twórczość Sienkiewicza, Reymonta i spora część Żeromskiego, Dumasa, Josepha Conrada...
Co gorsza, nie mam nawet zamiaru w panice i z rumieńcem wstydu rzucać się do nadrabiania zaległości. Jakoś znoszę pełne potępienia spojrzenia inteligentnych ludzi i obnoszę się z literacką abnegacją.
Po prostu - chcę by czytanie sprawiało mi przyjemność i dlatego wybieram sobie lektury IMO dobre i zajmujące. Pozycje obowiązkowe omijam.
Możecie mnie wykląć.
niedziela, 6 czerwca 2010
Mroczny Bosch

Michael Connelly "Ciemność mroczniejsza niż noc"
Słoneczna pogoda nie sprzyja nazbyt ambitnym lekturom. Postanowiłem sięgnąć więc po jakiś dobrze zapowiadający się kryminał.
Wybór padł na "Ciemność mroczniejszą niż noc"; i tak, zupełnie przypadkowo trafiłem na naprawdę inteligentną, sprawnie napisaną i wciągającą powieść.
W telegraficznym skrócie. Były agent FBI McCaleb zostaje poproszony o pomoc w rozwiązaniu zagadki brutalnego morderstwa, którego ofiarą padł znany policji alkoholik.
W tym samym czasie rozpoczyna się proces popularnego reżysera podejrzanego o zabójstwo na tle seksualnym.
Czy postać detektywa Harry'ego Boscha tyllko przypadkiem łączy obie sprawy? Czy ponure i mroczne obrazy jego imiennika, Hieronima Boscha, mają coś wspólnego z tymi zabójstwami? Gdzie znajduje się granica, za którą jest już tylko "ciemność mroczniejsza niż noc"...?
czwartek, 27 maja 2010
Reportaż z piekła

Wojciech Jagielski "Modlitwa o deszcz"
Gdy niedawno skończyłem czytać biografię Ryszarda Kapuścińskiego pomyślałem, że szkoda, iż mistrz reportażu nie pozostawił żadnych literackich spadkobierców.
Po lekturze "Modlitwy o deszcz" zmieniłem zdanie - pisarstwo Wojciecha Jagielskiego zawiera wszystko, co ceniliśmy u Kapuścińskiego: potoczysty styl, świetną znajomość opisywanych realiów, umiejętność rozumienia racji różnych stron, szacunek dla swych bohaterów i czytelnika.
Tematem książki jest sytuacja w Afganistanie. Jak doszło do tego, że od 30 lat praktycznie bez przerwy trwa tam wojna? Kim są poszczególne strony konfliktu i o co walczą? Dlaczego nie potrafią zawrzeć trwałego porozumienia? Kto inspirował powstanie ruchu talibów? Czy Osama bin Laden rzeczywiście odpowiada za wszystkie przypisywane mu akty terroru?
Autor doskonale radzi sobie z szeroką tematyką książki, naświetla meandry afgańskiej rzeczywistości.
"Modlitwa o deszcz" to lektura obowiązkowa dla tych, którzy chcą poszerzyć swą wiedzę poza tabloidowe horyzonty
wtorek, 11 maja 2010
Skandynawska mitologia Neila Gaimana

niedziela, 9 maja 2010
Muzyka (legalna i za darmo)
Internet pełen jest dźwięków. Znaczna część z nich jest oczywiście ‘legalna inaczej”, ale z drugiej strony wykreowany przez media wizerunek pirackiej sieci nie w pełni odpowiada prawdzie. Warto wiedzieć, że istnieje sporo stron udostępniających muzykę na licencji creative commons – pliki te [najczęściej mp3 lub ogg] można za darmo, legalnie ściągać i wykorzystywać do celów niekomercyjnych.
Największym serwisem tego typu jest Jamendo – znajdziemy tam ponad 33 tysiące albumów, od chanson poprzez elektronikę, techno, grunge, blues aż do punka i metalu. Każdy z pewnością znajdzie coś dla siebie; oczywiście spory odsetek tych zespołów to niezbyt odkrywcze, schematyczne „plumkanie”, ale czasem można trafić na prawdziwe perełki.
Inną drogą do ciekawych dźwięków są netlabele – serwisy wydające muzykę z pominięciem tradycyjnych firm fonograficznych. Bardzo często netlabele prowadzone są przez samych muzyków. Także i w tym przypadku oferta jest niezwykle szeroka i obejmuje chyba każdy (pod)gatunek muzyki.
Polską kopalnią wiedzy nt. netlabeli oraz konkretnych zespołów jest strona netaudio.pl
Mnóstwo ciekawych recenzji (wraz z linkami) znajdziemy także na blogu My Name Is Elvis.
Mam nadzieję, że mój skromny wpis pomoże Wam zawrzeć jakieś dobre, muzyczne znajomości. Co prawda na ww. stronach nie znajdziecie gwiazdek okupujących listy przebojów, ale uwierzcie – to co (jeszcze) niepopularne i niszowe jest dużo ciekawsze!
Na koniec – kilka linków:
Tavern Fare - mroczny blues/folk
Folder - noise, dobre gitarowe granie. Dodatkowy plus za trójmiejskie pochodzenie :>
Christophe Marc - klimatyczne; ja nazywam to "popem"
Pamela's Parade - jazz
Miłego słuchania!
sobota, 8 maja 2010
Syn ze Sztokholmu

Cynthia Ozick "Mesjasz ze Sztokholmu"
Do tej książki wracam regularnie – czytałem ją już przynajmniej 3 razy i podejrzewam, że jeszcze kiedyś do niej zajrzę.
Historia jest prosta. Lars Andemening pracuje jako recenzent w jednej ze sztokholmskich gazet. Opisuje mało znanych, ambitnych pisarzy z egzotycznych krajów – Czech, Polski, Węgier. Jego tekstów nikt nie czytuje, wszyscy zachwycają się recenzjami amerykańskich kryminałów i książek kucharskich masowo produkowanymi przez innych pracowników redakcji.
Lars ma pewien sekret – uważa on, że jego ojcem jest Bruno Schulz. Nie potrafi tego udowodnić; po prostu jest o tym święcie przekonany. Zaczyna zgłębiać życiorys swego domniemanego ojca, uczy się języka polskiego by móc w oryginale czytać i chłonąć słowa „Sanatorium pod klepsydrą” i „Sklepów cynamonowych”.
Podczas swych poszukiwań spotyka panią Eklund - uciekinierkę z Niemiec, właścicielkę księgarni z ambitnymi książkami, w której nigdy nie ma żadnego Klienta. Niemka, zafascynowana nagłą i absurdalną śmiercią Schulza, zaczyna pomagać Larsowi, znajduje dla niego nowe informacje, listy, artykuły.
W tej książce nic nie jest proste – nie wiemy, czy Andemening rzeczywiście jest synem polskiego pisarza, kim naprawdę jest właścicielka księgarni, czy jej mąż istnieje [a jeśli tak, to kim jest – lekarzem, grafologiem, awanturnikiem?], czy Lars ma siostrę; i czy rękopis, który nagle się pojawia naprawdę jest „Mesjaszem” - ostatnią, zaginioną powieścią Schulza?
„Mesjasz ze Sztkoholmu” to doskonała gra w dwuznaczności i niedomówienia.
czwartek, 22 kwietnia 2010
Sprzątanie na półkach
Najbardziej jaskrawym objawem mej manii gromadzenia rzeczy są książki. Jak każdy bibliofil uwielbiam nie tylko czytać, ale także mieć - przecież pełne regały, półki uginające się pod ciężarem kolejnych tomów, całe ściany zajęte przez woluminy, drugie i trzecie rzędy, tomiki poupychane poziomo, pionowo, powciskane, dopychane kolanem... ach, cóż za rozkosz dla duszy [i męka dla ciała zobligowanego do utrzymywania tego zbioru w porządku].
Niedawno naszło mnie na selekcjonowanie swych rzeczy. Najpierw zrobiłem porządek w dokumentach, potem pozbyłem się najbardziej znoszonych ubrań, zdobyłem się nawet na mini-remanent w płytach... i w końcu
z ciężkim
sercem
i zaciśniętymi zębami
zacząłem przeglądać książki.
The Doors - ulubiony zespół z "długowłosych" lat, ale teraz na głowie "zawartości" nieco mniej, a i samego Morrisona od wieków nie słuchałem - czy więc jego biografia jest mi potrzebna? Henry Miller - kiedyś czytany z wypiekami na twarzy, a dziś wywołujący co najwyżej uśmiech politowania. "Ulisses" - chyba nigdy porządnie nie przeczytany, a z pewnością nie zrozumiany. Szereg książek o filmie; niedobitki "Kameleonów" i "Salamandr", Vonnegut... cała epoka w mym czytelniczym życiu.
Ciężko mi się ich pozbywać - ale ja już do nich nie wrócę, a może komuś sprawią jeszcze nieco frajdy.
Wkrótce więc cały zbiorek będzie poszukiwał szczęścia na internetowych aukcjach.
A na razie - jeśli chcecie obejrzeć listę - znajdziecie ją tutaj.
niedziela, 28 marca 2010
"Że życie ma sens"

Szymon Hołownia "Ludzie na walizkach"
Dotychczas uważałem Szymona Hołownię za autora inteligentnego, ale tworzącego książki lekkie i przyjemne. Typowe weekendowe lektury, łatwoprzyswajalne, skrzące od ironicznych point i trafnych uwag.
"Ludzie na walizkach" to książka inna - pozostała inteligencja, pozostał katolicki kręgosłup i dobry styl, ale pod żadnym pozorem nie można tych tekstów nazwać lekkimi.
Jest to zbiór wywiadów Szymona Hołowni z lekarzami, osobami cierpiącymi i ich rodzinami na temat bólu, sensu cierpienia, walk z losem i konieczności dramatycznych wyborów.
Czytelnik co chwilę dostaje cios między oczy, co jakiś czas musi przerywać lekturę, by złapać oddech i nabrać sił.
"Ludzie na walizkach" to rzecz niezwykle ważna - książka, którą powinien przeczytać każdy, to świadectwo które (mam nadzieję) naprawi naszą płytką, publiczną debatę o cierpieniu, "prawie do życia" i "prawie do godnej śmierci".
sobota, 27 marca 2010
Reklama pasty do zębów a'la Kapuściński
Ryszard Kapuściński "Busz po polsku"
Po niedawnej lekturze biografii Kapuścińskiego postanowiłem sięgnąć do zbioru jego wczesnych reportaży.
W książce tej nie znajdziemy egzotycznych zamachów stanu, latynoskich dyktatur i afrykańskich wojen domowych. Miejscem akcji wszystkich (poza tytułowym) tekstów jest Polska, a ściślej - socjalistyczna Polska z pierwszych lat 60-tych ubiegłego wieku. To zakotwiczenie w czasie i miejscu czuje się niemalże w każdym zdaniu - bohaterowie to robotnicy, inteligencja pracująca albo chłopi z aspiracjami. Pojawiają się kolektywy, plany, kułactwo i antykościelne nuty. Praca u podstaw, kaganek oświaty, elektryfikacja...
Nie ma co ukrywać, że "Busz po polsku" w znacznej części składa się z tekstów, które nie przetrwały próby czasu. Były pisane jako interwencyjne reportaże z tezą i czytane po półwieczu często śmieszą. Polska wyłaniająca się ze stron "Daleko", "Reklamy pasty do zębów" albo "Wymarszu piątej kolumny" chyba w niczym nie przypomina kraju, w którym żyję, bardziej kojarzy się z egzotycznym Trzecim Światem.
Mimo wszystko kilka tekstów nawet dziś czyta się dobrze. "Bez adresu" czy "Danka" równie dobrze mogłyby zostać umieszczone AD 2010. Zaś "Sztywny", historia kilku robotników "transportujących" zwłoki kolegi z pracy do odległej miejscowości, to dla mnie istne arcydzieło, tekst idealny.
czwartek, 25 marca 2010
Pozdrowienia ze Wschodu:)

czwartek, 18 marca 2010
Realistyczny - po prostu.

Artur Domosławski "Kapuściński non-fiction"
- Ten film jest niemoralny!
- A czy Pan go w ogóle oglądał?
- Oczywiście, że nie. Ja nie oglądam filmów niemoralnych!
Ten dialog (pochodzący chyba ze starego skeczu Krzysztofa Daukszewicza) przypominał mi się regularnie podczas lektury książki "Kapuściński non-fiction" Artura Domosławskiego.
Zanim po nią sięgnąłem usłyszałem i przeczytałem dziesiątki negatywnych opinii: że autor szarga pamięć Wielkiego Reportera, grzebie mu "w sercu, duszy i rozporku", gwałci intymność jego bliskich, wyciąga brudy z archiwów IPN, opisuje swego bohatera jako tchórza, mitomana i grafomana... w tej całej plejadzie insynuacji zarzuty nielojalności i zdrady (Domosławski był uczniem i współpracownikiem Kapuścińskiego) należą do najlżejszych.
Doszło nawet do tego, że wdowa po Kapuścińskim próbowała na drodze sądowej zablokować publikację książki.
Wszystkie wymienione wyżej zarzuty są, wg mnie, całkowicie bezpodstawne. Domosławski wykonał iście benedyktyńską pracę, przeprowadził setki wywiadów, przejrzał tysiące stron dokumentów - wszystko po to, by opisać Ryszarda Kapuścińskiego możliwie najszerzej, najprawdziwiej, najobiektywniej.
To prawda - pozbawia swego bohatera rysów świętego i idealnego. Ale za każdym razem dba o ukazanie szerszej perspektywy (historycznej, politycznej, społecznej itp.), przedstawia racje z różnych stron albo, po prostu, stara się znaleźć usprawiedliwienie dla takiego a nie innego postępowania Kapuścińskiego.
I wbrew krytycznym opiniom obraz Kapuścińskiego, który wyłania się z kart książki jest bardzo pozytywny. Domosławski często podkreśla jego unikalność, niewątpliwy talent i zaangażowanie.
A to, że miał swoje słabości?
A któż z nas ich nie ma?
Po tej lekturze z jeszcze większą radością sięgnę po (wielokrotnie już czytane) "Szachinszacha", "Heban", "Wojnę futbolową".
Na koniec - krótki cytat z biografii:
"Przecież portret Kapuścińskiego, na którym widać ułomności, skazy jest prawdziwszy niż obrazek 'beatyfikowanego'. Realistyczny - po prostu. Zresztą, czyż taki Kapuściński nie jest bardziej interesujący niż ten zagłaskiwany? Bardziej pouczający niż ten zakłamywany? Bardziej ludzki niż ten wyniesiony na piedestał z laurek i bezrefleksyjnych zachwytów"
P.S. W bieżącym numerze "Polityki" ukazał się arcyciekawy artykuł poświęcony biografiom. Polecam.
środa, 3 marca 2010
1%
Zbliża się okres składania przez nas PIT-ów za rok 2009. Jak pewnie większość z Was wie, mamy prawo przeznaczyć jeden procent swojego podatku na rzecz dowolnie wybranej organizacji pożytku publicznego.
Gorąco zachęcam Was do skorzystania z tej możliwości - dzięki temu możecie pomóc potrzebującym i wyręczyć nasze drogie Państwo z szeregu organizacyjnych zmartwień. :)
Listę OPP znajdziecie na stronie http://bazy.ngo.pl/
Ja od kilku lat wspieram Stowarzyszenie na Rzecz Osób z Niepełnosprawnością Intelektualną "Parasol" - znam ludzi tam działających i widzę efekty ich pracy.
piątek, 26 lutego 2010
Całkiemdobry

Różni autorzy "Małodobry"
Zbiory opowiadań zazwyczaj są nierówne. A zbiory opowiadań różnych autorów stanowią niemalże gwarancję nierównego stylu i następujących po sobie zgrzytów.
Na szczęście są wyjątki od tej reguły - do tej grupy śmiało mogę zaliczyć książkę "Małodobry" wydawnictwa Fabryka Słów.
Tom ten stanowi antologię opowiadań młodych, polskich pisarzy (głównie z kręgu fantasy i fantastyki); tematem przewodnim jest postać Kata.
Postać ta, swego czasu niezbędny element każdego miasteczka, doskonale obrazuje dwoistość ludzkiej natury. Z jednej strony jesteśmy żądni krwi i zemsty, zaś z drugiej: wolimy, jeśli "brudną robotę" wykona za nas ktoś inny. I w głębi duszy gardzimy owym Kimś, w końcu to brutal z rękoma ubrudzonymi krwią.
Akcja większości opowiadań ze zbioru ma miejsce w bliżej nieokreślonych "latach dawnych", w średniowieczu, podczas Rewolucji; są też takie, które dzieją się w przyszłości albo wręcz w zupełnie innej czasoprzestrzeni.
Elementem łączącym wszystkie te historie jest unikanie łatwego populizmu - przecież najprościej byłoby opisać prostą historyjkę pełną szafotów i ociekających krwią toporów. Żaden z autorów nie uległ tej pokusie, każdy Kat jest nomen omen postacią z krwi i kości, targaną emocjami, nie pozbawioną nuty wdzięku i elokwencji.
środa, 10 lutego 2010
Wallander - a jednak potrafi...

Po ostatnim spotkaniu z twórczością Mankella czułem pewien niedosyt i rozczarowanie. Na szczęście, dzięki lekturze "Piątej kobiety" odzyskałem wiarę w talent skandynawskiego pisarza.
W tej powieści, kolejnej z serii o komisarzu Wallanderze, mamy wszystko co najlepsze: seria brutalnych zbrodni, doskonałe tło społeczne, wartka akcja oraz pełnowymiarowe, krwiste postacie głównych bohaterów.
Nic tylko czytać z wypiekami na twarzy.
Akcja książki rozpoczyna się w północnej Afryce - grupa islamskich fundamentalistów morduje cztery chrześcijańskie zakonnice oraz nocującą u nich szwedzką turystkę. Kilkanaście miesięcy później w Szwecji zostaje niezwykle brutalnie zamordowany piszący wiersze o ptakach poeta.
Prowadzący śledztwo w tej sprawie Kurt Wallander zaczyna wyścig z czasem - wie, że będą kolejne ofiary. Wie też, że rozwiązanie zagadki kryje się w przeszłości zamordowanego poety - który, jak się okazuje, skrywał przed otoczeniem swe mroczne tajemnice.
wtorek, 26 stycznia 2010
Dywagacje regałowe
Jakiś czas temu cudowna i wspaniała IKEA zrobiła mi psikusa i wycofała z oferty regał Billy w kolorze dębu. Niestety, właśnie 'dębowego Billy'ego" posiadam i chciałem dokupić kolejne jego elementy, by mieć miejsce na upchanie nowych woluminów.
Teraz jestem w kropce i nie wiem, czy wymieniać cały regał, czy kupować coś 'z zupełnie innej beczki' ....
Szperając po necie znalazłem ciekawy pomysł: regał na książki umieszczony w schodach. Aż szkoda, że mieszkam w bloku :D


sobota, 16 stycznia 2010
Humor i mądrość we fragmentach

Terry Pratchett dla jednych jest twórcą kultowym, dla drugich zaś fenomen jego popularności jest niezrozumiały i niepojęty.
Ja znajduję się pomiędzy tymi dwoma skrajnościami - raz na jakiś czas lubię się pośmiać z ciętego języka autora "Świata dysku", daleki jednakże jestem od tego by uczyć się jego anegdotek na pamięć.
Od Mikołaja otrzymałem książkę "Humor i mądrość Świata Dysku".
W tomie tym zawarte są najlepsze i najzabawniejsze fragmenty (przynajmniej wg Autora/Wydawcy) z serii "Świat Dysku". Książka ta stanowi więc typowy przykład wydawniczego pasożyta, żerującego na popularności pisarza i jego dzieł.
Z drugiej strony muszę przyznać, że "Humor i mądrość" to miejscami naprawdę inteligentny i zabawny zbiór anegdot; problem tylko polega na tym, że nie bardzo wiadomo jak taką książkę czytać - fragmentami, od czasu do czasu, czy też może cięgiem, od pierwszej do ostatniej strony...
Nie bardzo też wiem, do jakiego czytelnika książka ta jest kierowana -fan Pratchetta zna przecież cały "Świat" na pamięć, a nowicjusz raczej w takim zbiorze "wycinków" się nie odnajdzie.
Chyba trochę marudzę - a przecież nie raz podczas lektury "Humoru i mądrości" szczerze się uśmiałem.